czwartek, 31 grudnia 2009

zamiana cyfr

Może gdyby nie zmiana cyferek nikt nie zastanawiałby się nad tym, co się zmieniło, jak coś minęło, co trzeba zmienić. Może wszystko jakoś by "szło"...
Jeszcze wczoraj, w zasadzie to jeszcze dziś nad ranem czułam, że ten rok nie kończy się dobrze, że kończy się źle. Teraz wiem, że nie kończy się źle. To takie ważne.
Gdyby nie pewni Wyjątkowi ludzie ten rok nie wyglądałby tak, jak wyglądał. Gdyby nie Szczególne rozmowy nie byłoby tak, jak jest.
Rok niewątpliwych zmian. Zdana matura. Dylemat wyboru odpowiedniego kierunku studiów. Decyzje o przyjęciu w zbyt wiele miejsc. Poszukiwania mieszkania. Odnajdywanie siebie w nowym miejscu.  Nowi ludzie. Pierwsza piątka na UJ. Zmiana czterech ścian. Pierwsza praca. Nadmiar gotówki. Pierwsze wielkie spóźnienie. Pierwszy egzamin i to zdany na 5. Rozerwane znajomości, pewne nadal trwające. Doświadczenie szczerości, zrozumienia, bycia. I tak bardzo odczuwalne istnienie Kogoś Niewidzialnego, Czuwającego, poczucie, że doświadcza się tego, co najwłaściwsze...

A tam gdzieś słychać fajerwerki, a ja zabijam bakterie w grze.

ach... lubię ich słuchać;)

wtorek, 29 grudnia 2009

czas nie mija

Czuję, jakby minął conajmniej tydzień, a to tylko 24 godziny. Chciałabym czasem nie myśleć.  Chciałabym nauczyć się obojętności. Chciałabym umieć wykorzystywać ją wtedy, kiedy będzie potrzebna. Chciałabym używać słów, które wyrażą, to, co powinny, to jak myślę, a nie tak często coś z wrażeniem "nie tak i za bardzo". Chciałabym mieć pewność, że rozumiem. Chciałabym wiedzieć dlaczego. Chciałabym móc gdzieś wrócić. Chciałabym wiedzieć, że będę potrafić. Chciałabym, by było dobrze. Chciałabym pewnie zbyt wiele, a może aż tak mało...Chciałabym pewnie za bardzo... a może za mało?

I może całe szczęście, że nikogo to nie obchodzi.
Są rzeczy, o których się nie mówi. Tylko dlaczego są ludzie, którzy nie rozumieją, że o czymś nie chce się mówić, że coś chce się zostawić dla siebie, że samemu trzeba się z czymś zmierzyć, że samemu trzeba przełknąć ślinę? Dlaczego nie potrafią powiedzieć "rozumiem", że milczysz, dlaczego nie potrafią uszanować czyichś uczuć, dlaczego nie potrafią zwyczajnie być?
Może zbyt wiele razy się pomyliłam, może popełniłam zbyt wiele błędów. Miało być dobrze, a nie jest. Nie wiem, czy będzie...

"Pod niebem pełnym cudów"?

poniedziałek, 28 grudnia 2009

idiotyczny człowiek

To niewiara doprowadza do ran?
Idiotyczny człowiek zranił.
Idiotyczny człowiek zirytował.
Idiotycznego człowieka boli głowa od łez.
Idiotycznemu człowiekowi nie zależy teraz na tym, że wygląda zapłakanie.
Idiotycznemu człowiekowi nie zależy teraz na tym, że ktoś będzie widział.
Idiotyczny człowiek traci ważnych w jego życiu ludzi.
Idiotyczny człowiek nie zasługiwał.
Idiotyczny człowiek chciał niewiele, ale zbyt wiele dla idiotycznego człowieka.
Idiotyczny człowiek możliwe, że stracił Przyjaciela.
Idiotyczny człowiek teraz się boi.
Idiotyczny człowiek płacze.
Amputowano mu serce?

"Nie jest dobrze wybierać się w drogę bez przyjaciela, gdyż nie ma się do kogo powiedzieć: boję się"
przysłowie afrykańskie

niedziela, 27 grudnia 2009

Są oczekiwania tak bardzo świadome. Przepełnione jednak tym uczuciem trudności zrobienia czegoś innego, bo może akurat wtedy nastąpi moment "doczekania". To czas, gdy człowiek mimowolnie wciąż o czymś, na co czeka, myśli; wie, że nie powinien, a jednak tak trudno pozbyć się tej coraz bardziej uciążliwej myśli.
Wciąż uczę się nieczekania, uczę się perfekcyjnie nie czekać. Na nic. Czasem chciałabym nie myśleć "dlaczego?".
Chciałabym nie musieć kiedyś mówić, że coś było ważne i mi przykro. Bo to pewnie za bardzo, bo to pewnie nie tak, bo to ja...

czwartek, 24 grudnia 2009

"uwierzymy kolejny raz..."

Rok temu te Święta były inne. Ktoś silniejszy zabrał kogoś do siebie, bo miał dla niego inny plan. Zrobił mu najpiękniejszy prezent imieninowy. Był czas łez, wspomnień i refleksji. Tamte Święta mimo smutku, że kogoś już nie ma tu na ziemi były czasem tak ogromnej bliskości. Czasem jedności, prawdziwej jedności. Mimo, że nigdy nie siedzieliśmy razem przy jednym stole wigilijnym "Kolęda dla nieobecnych" miała tak dosłowny wydźwięk. Teraz już zawsze będzie mi o tym przypominać. Ktoś robi miejsce na ziemi dla samego Boga, a teraz w każde Święta będzie otrzymywał ofiarowaną Komunię w swojej intencji od tylu ludzi... Czy można sobie wymarzyć piękniejszy czas na śmierć, piękniejszy prezent na To Życie, które tak trudno nam pojąć?



Tutaj ktoś pomaga mi uwierzyć, pomaga mi wierzyć; pomaga mi żyć, żyć naprawdę, cieszyć się; sprawia, że czuję spokój, pozwala mi widzieć, słyszeć, myśleć, mówić, słuchać i być... widząc, słysząc, myśląc, mówiąc, słuchając i będąc... To takie ważne.

123

Czy Święta w czasie, kiedy jest się pierwszy rok studentem są inne? Niekoniecznie. Co roku słyszy się to samo i nie ma się pomysłu, co zrobić by za rok było inaczej, bo ma się wrażenie, że spróbowało się już oczekiwanych wersji i są osoby, które zawsze znajdą coś, by się doczepić i powiedzieć, że jest źle. I z każdym rokiem doświadcza się, że do tego nie da się przyzwyczaić. Co roku jest się tylko bardziej świadomym, tego, co może być i co roku ma się większą świadomość, że nic nie można zrobić... Dlaczego tak jest? Czasem tylko nie mam już siły...

Chciałabym, by było dobrze. Chciałabym, by ktoś uwierzył, że nie wszyscy są źli, że świat niekoniecznie jest zły, że można spotkać ludzi, którzy są, zwyczajnie są. Są przede wszystkim dlatego, że jesteśmy tacy jacy jesteśmy. Chciałabym...


Raz Dwa Trzy "Jutro możemy być szczęśliwi"


poniedziałek, 21 grudnia 2009

być może...

Może ja jestem szczęśliwym człowiekiem...
Może ten rok zakończy się inaczej...

sobota, 19 grudnia 2009

padlinożerstwo

Wróciłam do domu na święta. Wczoraj. Stałam się przez chwilę kimś na kształt tragarza tybetańskiego, a dziś boli mnie część mięśni. Podobno Kraków nie wygląda ładnie zimą, podobno wygląda okropnie ponuro... a mi się właśnie ta owa ponurość podoba. Nie wiem, co jest w tej mgle, w tej poniekąd szarości, w tym szybko topniejącym śniegu, ale Coś jest, co mnie tam ciągnie. Tam jest jakoś inaczej. Ciekawe, jak tam wyglądałyby święta i ten cały przedświąteczny czas...



W radiu pełno już świątecznych piosenek. "Karpia" w Trójce nie słyszałam za często z uwagi na to, że w ogóle niezbyt często słuchałam teraz radia. Zrozumiałam ten cały bum o karpiowe życie w okresie świątecznym. Zobaczywszy w jakich warunkach te ryby zostają przewiezione do sklepów ogarnęłam je głębokim współczuciem. Sterta ryb ułożona w jakiejś przyczepie wypełnionej lodem. Kap na karpiu - podobno żywy - ale na moje oko to żywcem przymrożony. Przeładowany z lodu do wody - karp przy karpiu , karp na karpiu - w zasadzie to pozbawiony jakiejkolwiek możliwości ruchu... tyle tylko, że siłą rzeczy się rozmrozi (podobno w kupie cieplej). Ludzie stojący w zawijających się kolejkach, by dostać taką nieżywą żywą rybę... Dostają ją zapakowaną w foliową, czasem biodegradowalną reklamówkę, opatrzoną metką z kodem do skasowania. Ci ludzie udają się jeszcze czasem ze zdobytą rybką, by pokazać jej cały sklep, tudzież miasto. Potem kładą ją na taśmie przy kasie. Stoją pełni obaw, by ktoś nie ukradł im portfela, a nagle karp podskoczy i tym samym ich przestrasza... Śmieją się przerażeni. Płacą. Pakują karpia do kolejnych reklamówek, potem do samochodów lub idą z nim na mrozie pokazując mu świat. Przynoszą do domu, wrzucają do wanny zdechłą żywą rybę i oświadczają jej, że umrze. Oświadczają umarłemu, że krótki jego żywot... A potem... jedzą padlinę... ot... takie miłosierdzie świąteczne...
Powinni sprzedawać zabite ryby. Sadyści.


Trójkowy "Karp 2009" :)

czwartek, 17 grudnia 2009

po

Chyba źle zaczęłam... Za dużo czasu i przekombinowałam. Eh... trudno... już po. Pierwszy egzamin za mną, ciekawe tylko z jakim wynikiem. Doświadczyłam totalnej pustki na "dzień przed". Dotarło do mnie, że nauka "dzień przed" nie ma większego sensu, choćby z uwagi na powyższe uczucie i wywołany tym stres. Teraz czekam na wyniki, bo nic już nie zmienię. Jestem tylko zła na siebie, że poprawiłam kilka odpowiedzi z dobrych na złe, a podobno się nie poprawia... i co z tego, że to wiedziałam?

Emoty na nk! fuj! Nie podobają mi się - takie "nie wiem, po co".

Zapewne za dużo rzeczy spakowałam na powrót do domu, ale wypakowywałam 3 razy i już nie wiem, co wyrzucić... jak zwykle...

środa, 16 grudnia 2009

bo to jutro /płacz i zgrzytanie zębów/

Dlaczego zawsze chęć do nauki przychodzi na czas "za późno"? Na czas "w co ja mam włożyć ręce"? Na czas "jeszcze tylko tego mi brakowało"?
A potem będę leżeć do góry brzydkim wyrazem i będę na siebie zła o tyle rzeczy...


"Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?"


wtorek, 15 grudnia 2009

zalane były oczy

Piję herbatę.
Kupiłam ciastka, ale chyba już przesadziłam z ilością słodyczy,bo nie czuję smaków.
Bolą mnie oczy od łez, które zostały wywołane niekontrolowanie, dlatego też odczuwam ich zmęczenie.
Chyba rano w sennym amoku napisałam coś okropnie dziwnego. Nawet nie sprawdzam, żeby się nie zakopać pod ziemię, tudzież nie załamać...

Prawo na mnie czeka, ale najpierw zamknę na chwilę oczy...
Tylko na chwilę...

poniedziałek, 14 grudnia 2009

forever18

W poszukiwaniu prezentu dla brata na urodziny i łażeniu po sklepach w celu wydania pierwszych zarobionych pieniędzy na coś konkretniejszego niż jedzenie, rozśmieszyła mnie wytapetowana kobieta ok. 60-letnia w sklepie 'Forever18' i nie wyglądała na szukającą dla kogoś prezentu  - no cóż... Panie Boże każdy może... Kraków;). Rozśmieszyła mnie w połączeniu z nazwą, coby nie wyglądało strasznie perfidnie.


Nie wydaje mi się, by jedna rzecz się spełniła, ale nie można mieć wszystkiego. A jak nie spełni się teraz, to już nigdy się nie spełni i powiem sobie "trudno" i będę żyć dalej niedośwaidczywszy zdarzenia;).


sobota, 12 grudnia 2009

tak niewiele czasu...

Umieram przed tym pierwszym egzaminem. Zasypiam już prawie na stojąco. Nie czuję, że się uczyłam i nie czuję, że cokolwiek wiem. Nie chcę polec na "pierwszym lepszym", a wszystko ku temu zmierza. Nie mam siły. Odczuwam takie zmęczenie, ale chyba w tym wypadku to zmęczenie niewiedzą;/. Umieram na zmęczenie, bo jeszcze nie na wielki stres mimo wszystko...

czwartek, 10 grudnia 2009

i tylko ucha brak.

Bob Budowniczy z kotem i kamyczek otrzymany od Jasia "na pamiątkę" stoi na parapecie. Kot dziś spadł. Odpadło mu jedno ucho:(. Dlaczego zawsze zabawkom, w zderzeniu z podłogą, odpadają uszy? Kiedyś w podstawówce zabrałam ze sobą ludzika m&m's; kolega go kopnął i też odpadło mu ucho i chyba też prawe... Tamto ucho wylądowało pod pianinem - tego jeszcze nie znalazłam...

A moje uszy dziś doświadczyły włoskich rozmów Erasmusów. To wszystko w czasie, kiedy nie poszłam na dwa wykłady, w celu nauki na coś innego. Nie mam pojęcia, jak te dziewczyny się rozumiały, bo miałam wrażenie, że mówią na bezdechu doświadczywszy totalnego słowotoku. Przesiadłam się, bo nie mogłam się skupić. Dzięki temu z wysokości trzeciego piętra obserwowałam ludzi z wydziału matematyki i informatyki: schemat kolorystyczno - ubraniowy. Pewnie wydaje się monotonne, a mi się jakoś tak miło obserwowało. Zastanawiam się tylko, jak to się kształtuje w odniesieniu do dziewczyn, bo wśród przechodzących akurat facetów trudno było o wyjątek.


Nie wiem czemu mi się przypomniał akurat "Terroromans" Much...



wtorek, 8 grudnia 2009

marnacja

Nie ma jak zorientować się podczas przepisywania slajdów z wykładu na ostatnim, że przecież już się to wszystko ma napisane i zmarnować ok. godziny;/. Po prostu nie wiem, co się ze mną dzieje... Zapominam, skupiam się wybiórczo niezależnie od woli, a mój zegarek jest o 2 minuty inaczej  ustawiony wg przyjazdów autobusów (momentami), ale przecież nie zawsze...

Wiem coś bardzo ważnego. Tak bardzo dla mnie ważnego...

poniedziałek, 7 grudnia 2009

kawa prawa

Zaczął się czas życia na kawie. I czas dziwnie bijącego serca. Czas ukłuć, kołatań, dziwnych sercowych doświadczeń.Czas zamglonego wzroku. Może przeżyjemy: ja i moje serce...


"- Co ty będziesz teraz robić z pieniędzmi?
- Nie wiem;)"


Pozwolono mi spotkać osoby, z którymi rozmowy mają w sobie coś więcej niż wymianę słów:).

niedziela, 6 grudnia 2009

czas wypełniony poezją śpiewaną

Wszystko układa się jakoś tak pomyślnie, poprawnie, z korzyścią. Boi się, że nie będzie potrafić tego wykorzystać. Że zmarnuje te wszystkie, być może, zbiegi okoliczności, że nie da rady...

Ciągle się uczy. Uczy własnego życia. Gdzieś w głowie tworzy idealne modele relacji międzyludzkich. Idealne dla niej, niekoniecznie poprawne. Boi się tylko, że straci tyle ważnych rzeczy, że gdzieś zepsuje jakieś ważne znajomości. A gdzieś słowa, które zastanawiają.

Chciałaby, by kiedyś ktoś był tak zupełnie prywatnie. Nie, nie egoistycznie zawładnięty, zamknięty w zazdrości, istniejący tylko dla jednej osoby, ale by było wiadome, że jest, jest najbardziej.


Hipnotyzuje mnie płyta Przemyk, słucham trzeci dzień całego album "Odjazd" w kółko i jeszcze nie czuję, że mam dość. Po prostu to się nie nudzi. To ma Teksty przez duże "T". To ma coś, czego szukałam. Niekoniecznie optymistyczne, właściwie to bardziej egzystencjonalne, ale nie przepełniło mnie melancholią. Takie hmm... zastanawiające. Wracamy/ zaczynamy czas poezji śpiewanej.

"Małe niebo" jeszcze niedostępne na niczym ogólnie dostępnym, ale chociaż tekst jest:
każdy ma swoje małe piekło
pozorną wolność w klatce z czterech ścian
bo słyszy stale od urodzenia
co byś nie zrobił jesteś tylko tym
kim inni widzą cię

każdy ma swój prywatny czyściec
za bramą obietnica kryje się
nadzieja nikła że przyjdzie miłość
i ofiaruje nam to wszystko co
dla nas zbawienne jest

żałosny grzesznik co nie grzeszy
należy ludziom się to co ludzkie jest
bo to co boskie z jego woli
tylko wybranym zdarza się

musisz odnaleźć małe niebo
nie zawsze przecież tak wysoko jest
zamień się z własnym ciałem rolami
zaufaj - ono znacznie lepiej wie
jak zapominać się




sobota, 5 grudnia 2009

przepraszam, czy ja mogę o coś poprosić?

Czy Mikołaj rozdaje niematerialne prezenty?
To zbyt dużo, by to otrzymać, prawda?
Zapewne zbyt wiele...


Tego [klik] można słuchać z zamkniętymi oczami. I nie ważne, co znaczy tekst, ważne, że TAK wszystko brzmi.

środa, 2 grudnia 2009

...we are only made of moments, shooting stars with dreams within...

Być może dużo się pozmienia. Być może nie będę mieć tyle czasu. Być może czekają mnie nowe doświadczenia. Nie wiem, czy będzie dobrze. Nie wiem, czy będzie lepiej. Nie wiem, czy dam radę.

Tutaj jakoś bardziej wierzę. Bardziej wierzę w tyle rzeczy. Nie wiem... może to urok miasta, może ludzi, których spotykam, może udało mi się coś w sobie zmienić, może to to, że pewnych ludzi tutaj nie ma... Opatrzność? Czasem mam wrażenie, że czekam, kiedy to się skończy, czasem boję się Jej końca. Bo... przecież "w życiu nie ma tak dobrze"... A może u mnie będzie?! Może właśnie u mnie będzie!!!

Muszę uważać na słowa, które do mnie docierają. Może tylko dlatego, żeby później nie czuć rozczarowania. Może tylko dlatego, by czegoś nie stracić przez nieopatrzne zrozumienie....Niektóre słowa niekoniecznie muszą mieć drugie, jeszcze lepsze, dno.

Są godziny, czasem dosłowne godziny, które człowiekowi pomagają:)


"Rewers" - oglądać, jak ktoś ma okazję. Ten film ma coś w sobie, coś takiego, że nie wiem, jak to określić. Coś, co tworzy w głowie myśl "może trzeba oglądnąć jeszcze raz?", a nie często mam takie myśli:).

Biegiem w centrum ulicami, którymi szły tylko 3 osoby i to w przeciwną niż moja stronę. Biegiem ulicami pierwszy raz. Na ostatni tramwaj strefy dziennej w nocy. I ta niepewność, czy biegnie się w dobrym kierunku. Zakończone powodzeniem. Zmęczeniem.


A ta piosenka (klik) coś w sobie ma, coś, co też trudno mi określić:). Może właśnie przez te słowa:

"we are only made of moments
shooting stars with dreams within"






wtorek, 1 grudnia 2009

wychodzę:P

Coś mnie tam dziś zainspirowało do napisania notki, ale za nic w świecie nie potrafię sobie przypomnieć, o czym miałam napisać... Widocznie czasem tak się zdarza...

Moja kondycja... ekhm... odczuwam ją na basenie... oj odczuwam...

Jakoś podobno na ok .21:00 idę dziś do kina;). Aaaaaaa...! wrócę późno... Pożre mnie smok?

poniedziałek, 30 listopada 2009

autobusowe drzwi

To zawsze stres naciskanie przycisku (jakkolwiek to brzmi) z napisem "otwieranie drzwi" w autobusie., czy tramwaju. Bo zawsze może się zdarzyć tak, że się nie otworzą... Na szczęście jak na razie się otwierają. Chociaż czasem miewają problem z zamknięciem. ;)

To złośliwość, że kiedy przychodzi się na przystanek to akurat nic w danej chwili nie jedzie, mimo, że ten przystanek jest w miejscu, gdzie można jechać czymkolwiek?:>

niedziela, 29 listopada 2009

cukier

Zjem czekoladę
choć zostało tylko dziewięć kostek.
Jem czekoladę...
Bo mi smutno.
Teraz już całkowicie.
I jakoś za bardzo.
Potem będzie kisiel z olbrzymia ilością cukru.
I może będzie mi aż niedobrze.
może pójdę spać.
I jutro będzie tak samo.
I kupię nową czekoladę
zanim posolę twarz
pójdę spać
może zdążę...
wątpię.
NIE CHCĘ TAK!
brak.

i to nie wiersz!
i niech to nawet będzie egoistyczne!

mediatorowo

Dlaczego nie jest czasem tak, jakbyśmy tego chcieli? Dlaczego czasem trzeba ciągle na coś czekać? Dlaczego jest aż tak inaczej niż by się chciało, mimo, że przecież nie jest źle...? Dlaczego czasem czuć tak wielki brak czegoś, czego się nigdy nie miało? Po co to wszystko? Po co coś, czego nie ma? Czasem jest zbyt trudno...
Braki mam... w życiu?

Wczorajsze MediaTory bardzo pozytywnie odnotowane. Przedarte żółte zaproszenie. Ludzie, którzy podzielili się z nami jedzeniem i telefony, które znów wpędziły mnie w poczucie winy i jakiegoś idiotycznego bezsensu. Może faktycznie dobrze byłoby wykopać dół i do niego wskoczyć? Ale skupmy się na czymś innym (nie ma to jak zwrócić się do siebie z szacunkiem).  Hełmówka oczywiście też na Gali. Pominę fakt istnienia wyłącznie tam, gdzie blask światła... Co mi z tego, że myślę, iż ten świat wymaga zachowania naturalności i skromności, a nie epatowania dumy i widocznego przybierania póz...
  Najsztub w niebieskiej koszulce palący przy samochodzie. Bryndal w efekcie z wibratorem na ustach. Kuźniar miażdżący pytających, ćwiczący dykcję z korkiem. Nieobecna Krall z zapaleniem oskrzeli. Torańska dzwoniąca do Krall. Werner z nieaktualnym zdjęciem, bo zmieniła fryzurę. I tacy kurcze sami zza szklanej szybki, zza drukowanych słów i zza głośników radioodbiorników. I prawie, że vipowskie miejsce:P. A orkiestra z AGH genialna;)

A potem kierunek 'Prądnik Czerwony' i pierwszy powrót nocnym autobusem odnotowany w rubryce "przeżyłam". Wróżby andrzejkowe bardziej niezrozumiałe. Tak... było mi nadmiernie melancholijnie;/. Ostatnio jakoś tak się zdarza w takich sytuacjach. Nie chcę tak!

Szukam mobilizacji... nadal...
Jak się człowiek przestraszy, kiedy mu wyskoczy na monitorze okienko rozmowy, to chyba nie jest już za dobrze...

piątek, 27 listopada 2009

.

Prawie tydzień bez internetu. Myślałam, że będzie gorzej, a jednak dało się wytrzymać. Naprawdę nie było tak źle. Może to dlatego, że zajęłam się dbaniem o własne zdrowie i walką z wirusami, bakteriami i tym podobnymi sprawami. Jak na razie chyba skutecznie. Byle by to nie  była cisza przed burzą... Nie chcę jeszcze umierać i to na świńską grypę...

Przeprowadzka doprowadzona do skutku. Wszystko wygląda na całkiem w porządku. Zobaczymy, jak będzie dalej. Swoją drogą nie myślałm, że już nazwoziłam do Krakowa tyle rzeczy... Delikatnie pisząc - przeraziłam się, kiedy zaczęłam to wszystko pakować. Na szczęście zmieściłam wszystko w nowym (własnym) pokoju na mniejszej powierzchni, więc może nie jest tak źle, jak mi się wydaje:P.

Potrzebuję sposobu na mobilizację do nauki.
Potrzebuję leku antysennościowego.
Potrzebuję jeszcze...

niedziela, 22 listopada 2009

(Z)lewa oprawka na prawo

Oj... piękna to rzecz złamać grzebień na własnych włosach... W związku z tym będę musieć zainwestować w nowy, bo jak to tak, takim wybrakowanym... Ale to chyba nie agresja, prawda?;)

A czekolada, która zawsze ma być "na jutro" owego jutra nie doczekała... Ale dobra była:P Taka austiacka i to od wujka, to już w ogóle rarytas i z nieoszukaną liczbą orzechów oczywiście. No... ale co do smaku to nigdy nie wybrzydzam, byleby nie była wyrobem czekoladopodobnym, który dziwnie się zachowuje w kontakcie z zębami, językiem i śliną. Tyle tylko, że dbam o swój zacny żołądek i nie podrażniam go jedzeniem np. kostki dziennie. Co ja poradzę na to, że nawet mimo mojego odwiecznego uzaleznienia słodyczowego, kiedy chcę się z kimś podzielić to ludzie mówią, że dziękują. Nie pozostaje nic innego jak oddać się egoistycznej delektacji z myślą "już więcej nikogo nie pytam" (aż do następnego razu). Tylko niech mi potem nikt nie mówi, że się nie dzielę - ile można pytać... w końcu się zjada w samotności...

Męczę "Wstęp do prawoznawstwa", a może to on mnie męczy, a może nawet to tak ze wzajemnością. Nie wiem, jakoś tak trudno mi się z nim dogadać, choć nocą to jakoś (musze przyznać) łatwiej... Bo w dzień to staje się taki jakiś wywołujący senność w człowieku. Tak, oczywiście spałam z nim, tzn. obok był świadomie położony. Tyle, że hmm... zmarzłam w stopy i to w dzień i nawet wiedza mi nie przepromieniowała:(. W ogóle taki jakiś no... brzydką ma okładkę, taką brązową i cały taki szary wewnątrz, jak Micuń. Tyle, że Micuń objawiał jakiś większy koloryt okładkowy i nawet mi się rozkleił przy którymś początkowym zagięciu, coby się tak szybko nie zamykał, a ten nic. Sztywny taki, okładkę tylko otoczył szramą zagięcia od czytania i tyle. Teoretycznie do pierszego! (nie wiem, co to będzie) egzaminu ponad trzy tygodnie, ale praktycznie to tak, jakby miało być jutro, a ja nic jeszcze nie umiem...
  A kolor okładki już wiem co mi przypomina. Okładka w kolorze piernika! Tak, takiego lukrowanego. O! w końcu jakieś toruńskie wydawnictwo:P. Przynajmniej tu przejawili jakąś formę żartu?, czy jak to tam nazwać...

Piernikowy "Wstępie do prawoznawstwa" daj się łatwo i szybko przyswoić i żeby efekt był jeszcze jakiś satysfakcjonujący... to może kupię Ci oprawkę? Przyznasz, że nawet ładnie brzmi;).

piątek, 20 listopada 2009

dziś

Mam osiemnaście lat.
 Jeszcze.
Do dziewiętnastu brakuje mi dwudziestu ośmiu dni.
 Już.
Studiuję.
 Jeszcze/ już...
   Za trzy dni minie rok od dnia, który paradoksalnie zmienił dużo na lepsze, dzięki któremu za siedem dni będę mogła uroczyście powiedzieć, że chociażby dla tej jednej znajomości warto było...
   Eh... gdyby nie pamiętnik, który od czasu do czasu męczę swoimi myślami nie wiedziałabym tego pewnie tak dokładnie... A tak, mimo czasem monotematyczności i nudności, znajdzie się w nim coś pożytecznego.

Czasem jest tak, że człowiek podporządkuje część swojego życia pewnym sprawom. Poświęci czemuś swój czas, będzie przekładał inne sprawy, byleby tą jedną sfinalizować. I mimo tego, mimo poczucia, że zrobiło się wszystko, coś nie wychodzi. I rodzi się pytanie "dlaczego?". Czy warto było zatem rezygnować z jakichś dawnych marzeń o, dajmy na to, koncercie, skoro i tak nic nie wyszło? Czy nie udaje się dlatego, że czemuś za bardzo się poświęciliśmy? Czy nadal warto coś poświęcać, skoro znów może się nie udać? Dlaczego te pytania nie mają satysfakcjonującej odpowiedzi?!

I to nie jest rozpacz dziecka, które nie dostało tego, co chce.




"Życie to powieśc Boga.
Pozwólmy Mu ją pisać."
                                                               Isaac Bashevis Singer

czwartek, 19 listopada 2009

"yes I'm havin' a good time"?

Wychodzę rano z bloku, o ile ranem można nazwać 11:00;) i blokiem budynek mający 3 piętra;), a tuż przed wejściem widnieją jakieś litery napisane kredą na kostce. I to nie jest objaw wścibskości, ciekawości, czy czegoś tam, bo tak mi się wydaje, że każdy to sobie przeczytał, jak po tym przechodził. A napis niniejszym zacytuję:

"Maks
jutro się
bawimy
Karina"

Muszę przyznać, że ryzykowny sposób pozostawiania wiadomości, ale jednak zahaczający o jakąś oryginalność. Z tego by wynikało, że w tym bloku, z którego nomen omen niedługo się wyprowadzam, jednak mieszkają jacyś inni ludzie, zaliczający się do tych, którzy gdzieś wychodzą, a nie tylko do pracy i ewentualnie na spacer z dzieckiem i chodzący spać i budzący się o stałych godzinach... Swoją drogą to musi być miłe uczucie tak sobie rano przeczytać taką wiadomość. Dobrze, że nie padało ani nie spadł śnieg, bo mogliby się nie spotkać...

Batonikowe musli kauflandowskie ładnie pachnie. Smakuje też dobrze, tyle, że takie delikatnie oszukane, jakby nadmuchane (w sensie, że zawierające przerwy między tym czymś z czego jest zrobione i zlepione:P). I... tu uwaga... pierwszy raz w życiu udało mi się kupić jogurt (nie ukrywam, ze z promocji), który po otwarciu miał czyste wieczko! Co prawda niosłam go bardzo ostrożnie w nadziei, że w końcu się uda:P. Ale już go trawię, więc po jogurcie;).

Na tych studiach dowiaduję się bardzo ciekawych rzeczy, oj... bardzo... Tak... komunizm upadł, bo zaczęto walczyć z alkoholizmem - przykra, ale prawdziwa anegdota historyczna;). I mimo tych dwóch najnudniejszych w świecie wykładów w trakcie przerwy uraczono mnie stwierdzeniem o mojej dzisiejszej błyskotliwości, która i tak ze mnie uleci po kolejnym wykładzie;). Eh... czasem dobry humor z człowieka nie ulatuje mimo wszystko;). Chyba, że trafi się na kogoś, kto bardzo będzie się starał sprawić, by było źle, ale na szczęście takiego kogoś ominęłam szerokim łukiem:).

Może to wszystko przez tą piosenkę, którą puścili w Trójce jak wychodziłam... jakoś się wtedy tak już całkiem pozytywnie zrobiło, mimo, że na co dzień takich nie słucham... klik

Ta notka to już chyba dzisiaj całkiem ni do składu ni do ładu... Trudno, nie będę już mazać;). Za chwilę idę dalej coś zjeść:P.

środa, 18 listopada 2009

jaśniejszy ciemnogród

Codziennie, o coraz wcześniejszej porze zasłaniasz okno czymś, co ludzie nazywają zasłoną. Zasłaniasz widok na miasto, na które można by patrzeć... wciąż patrzeć... Tam zaświecili już latarnie, może nawet pada deszcz i wszystko mieni się na tysiące odcieni, mimo, że przecież jest już ciemno Czasem jeszcze gdzieś wcześniej prześwituje zachodzące słońce. I dopiero teraz nie zasypiasz nad książką, dopiero wtedy się budzisz. Jakby istota przystosowana przede wszystkim do sztucznego oświetlenia. Potem odpowiesz na szereg pytań z zakresu "czemu jeszcze nie śpisz?, długo będziesz dziś siedzieć?, to co robisz?" i rano obudzi cię nie twój budzik kilka godzin przed koniecznym przebudzeniem.

Bo może ciemność nie rozprasza, może jest cicha na tyle, by usłyszeć własne myśli. Nocą jest łatwiej. Cisza ma wtedy swoje szczególne znaczenie. Nocą rozmowy mają jakieś takie głębokie sensy, spotkania jakoś bardziej zostają w pamięci, nocą docierają do człowieka odkrywcze myśli, może nocą człowiek jest inny... Może nocą widać duszę? A barwy? Ten czas ma chyba swoje szczególne odcienie. Może to jak weryfikacja dziennych wyobrażeń?



"They said it changes when the sun goes down
Around here" (i nic więcej z tekstu tej piosenki)

wtorek, 17 listopada 2009

coś, jak niepewność chcenia

Są sytuacje, w których człowiek ma plan. Nie jakiś wielki, nie jakiś szczegółowy, ale jakieś ogólne założenia w konkretnym przypadku. Jest się na coś zdecydowanym, jest się przekonanym, że czegoś się chce, chce tak naprawdę, jak jeszcze nigdy w życiu. Nawet nie odczuwamy wielkiego strachu. Ta pewność, że czegoś chcemy niweluje większe obawy. 

Ale próby dążenia do osiągnięcia celu pełzną na niczym. W końcu się odpuszcza, czasem zostawia coś własnemu biegowi. A kiedy już tak zupełnie się z czegoś zrezygnuje, ale mimo wszystko ciągle o tym myśli, lecz już jakoś bez większego przekonania to Coś, co wydawało się już nieosiągalne jest na wyciągnięcie ręki.
W pierwszej chwili mówimy sobie: "Tak! Udało się!Co za niewiarygodne szczęście! W końcu...". Tylko, że potem dociera do nas, że może tak naprawdę lepiej żyło nam się ze świadomością nieosiągalności celu, że może chodziło nam tylko o to, by dążyć, ale tak naprawdę nigdy nie osiągnąć... Zaczynamy się bać. Nawet  w tym przypadku bać samych siebie... Bo teraz mamy poczucie, że czegoś chcemy, ale utraciliśmy gdzieś pewność. Zaczynamy się zastanawiać, czy można było czegoś chcieć tak bardzo, być o czymś przekonanym, a w obliczu bliskości realizacji zaczynamy rozważać opcję, czy się nie wycofać, czy naprawdę czegoś chcieliśmy. 

W sprawach poważnych zaczynamy rozważać wszelkie za i przeciw. Przeważnie wychodzi, że najlepszym wyjściem jest pozbycie się lęku. Tylko powstaje pytanie 'jak?'. Kwestia, że jak się nie spróbuje to się nie przekona, że trzeba łapać chwilę, korzystać z okazji, że potem będzie już można tylko żałować, że się czegoś nie zrobiło...

W takich przypadkach człowieka paraliżuje strach, czy tak naprawdę wydawało mu się, że czegoś chce?
Czy poczucie strachu to znak, że warto go pokonać? Że to TYLKO strach, strach nieuzasadniony?
A jeśli to objaw "wydawania"? Jeśli nie pokona się lęku, to jak potem będzie się żyło ze samym sobą?

Każda decyzja niesie ze sobą ryzyko... Może właśnie to ryzyko człowieka przerasta, może boi się porażki, tego, że potem trudno będzie mu się podnieść. Dlaczego w takich sytuacjach człowiek się waha, mimo, że właściwie wie, co powinien zrobić? Dlaczego, skoro wie, że nadal chce tego, czego chciał na początku? Więc nad czym tak właściwie się zastanawia?


"usiadł w ciemnym pokoju i kłócił się z samym sobą. To najgorszy rodzaj kłótni. Nie można wtedy nikogo zbyć krzykiem, milczeniem ani nawet obłudnym "ty po prosty tego nigdy nie zrozumiesz". W kłótni z samym sobą nigdy nie ma się racji. Zawsze jest się pokonanym. Można tylko oszukać się chwilowym przekonaniem, że wybrało się mniejsze zło"
J.L. Wiśniewski "Los powtórzony"


piątek, 13 listopada 2009

kalorycznie:P

- A jakie plany na sylwestra?
Ojej... już drugi raz w przeciągu naprawdę krótkiego czasu usłyszałam to pytanie... Ludzie... no... nie mam pojęcia. Przykryję się po czubek glowy kołdrą i obudzę nad ranem - to jedyna pewna wizja, na którą stać mnie obecnie przy odpowiedzi na to pytanie. To, czego chciałabym nie ma racji bytu, bo mi takie rzeczy się po prostu nie zdarzają i już. Ot, cała filozofia.

Powroty do domu co dwa tygodnie są naprawdę optymalną częstotliwością. Problem w tym, że wpychają w człowieka tyle jedzenia, że naprawdę ma się dość. Ej, przecież ja tam nie głoduję. Wyjeżdżając z Krk zostawiłam swoją pustą półkę w lodówce. No... ostał się tam jogurt naturalny z długą datą ważności w razie jakiejś ewentualnej kanapki z nałożonym jogurtem i posypaną cukrem:P. Jakież dziwne wrażenie zobaczenie pełnych półek domowej lodówki hehe. I sernik na mnie czekał ciepły jeszcze. Kurcze... zaczynam trafiać na stały zestaw obiadowy... no... ale przynajmniej dostarczę mojemu organizmowi trochę ziemniaków, bo tam nie chce mi się obierać, więc wreszcie mogę się  najeść do woli makaronu i ryżu ;p. [to błąd, jeśłi ktoś odczytał, że jadamy na obiad sernik]. A mój jadłospis jest naprawdę urozmaicony, ale naprawdę trudno to wytłumaczyć, jak się wraca... A jakież zdziwienie w oczach, że się coś potrafi zrobić, wbrew złudnemu przekonaniu niektórych członków rodziny, że umrę, zginę i pokryję się grubą warstwą kurzu... eh... bezcenne wrażenia;P.

Jednakże muszę się niestety przyznać, że Hymn Narodowy grany na gitarze wymyka się chyba spod mojej percepcji wyobrażeniowej... druzgocący ten fakt, eh... zatrważający wręcz... muszę nad tym popracować, by nie dopadło mnie kiedyś poczucie totalnej degradacji wyobrażeniowej...

czwartek, 12 listopada 2009

obumrę?

Wiedziałam, że kiedyś to nastąpi. Nastąpiło dziś rano... Wiedziałam, że kiedyś obleję się kawą. Na szczęście padło tylko na dywan i łóżko zostało nietknięte. Z mojej prawej ręki kapały tylko brązowe krople. Jak na razie dziś jest lepiej. Lapek na szczęście nie zalany:)

Rozwaliłam coś? Nie! Nie daruję sobie, jeśli coś rozwaliłam. Nie przeżyję tego, jeśli rozpieprzyłam coś, na czym mi naprawdę zależy. Nie, nie będę się zabijać. Nigdy w patetycznym geście nie będę połykać garści tabletek ani wiązać pętli ze sznura, czy też podcinać sobie żył. Nie mam skłonności samobójczych. Nie przeżyję tego wewnętrznie, po prostu samoistnie obumrę tam w środku. Obumrę w zatrważającym tempie, dostąpię destrukcji wnętrza. To wystarczy - będzie wystarczająco długo bolało...

Czy istnieje pewność?

"Pewność to pojęcie z zakresu teorii decyzji, oznaczające sytuację, w której wybranie danego wariantu na pewno pociąga za sobą określone, znane konsekwencje.
Formalnie, decyzjami podejmowanymi w warunkach pewności nazywamy taką klasę problemów decyzyjnych, w której dla każdej decyzji prawdopodobieństwo wystąpienia jej konsekwencji wynosi 1."

I właśnie po to są zajęcia z podstaw filozofii. Właśnie po to siedzi czasem człowiek 1,5 godziny i słucha o definiowaniu definicji. Właśnie po to, by wiedzieć, że definiowanie pojęcia, przy pomocy, właściwie...definiowanego pojęcia nie jest błędem. Trzeba tylko założyć, że ktoś zna definicje słów składających się na definiens. To tak samo, jakbym powiedziała, że kwadrat to prostokąt równoboczny...

I to są studia... moje studia...
(odkrywcze...
naprawdę...)

środa, 11 listopada 2009

może to i nawet paranoja...

Pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada... aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! PADA!!! Ciągle! Wkurza mnie już! Powoli wszystko! Jak można, widząc, że pada pytać, czy trzeba zabrać parasol!? Jak można celowo nie zabrać parasola i potem narzekać, że się zmokło?! Jak można nie wiedzieć, dlaczego dziś nieczynne są sklepy?! Wkurza mnie! Jedynacy! I mi gadu nie działa, bo ona gada przez skype'a, bo znów nie wie, jak coś rozwiązać i z netem coś się porobiło od jakiegoś czasu.  Jak można pytać, czy należy zjeść trzy ostatnie kostki czekolady dziś, czy jutro wiedząc, ze i tak, niezależnie od odpowiedzi zje się je za chwilę?! A Ty człowieku musisz odpowiadać na to wszystko i szlag Cię trafia! A on mi nie odpisał, a nawet jeśli odpisał, to ja nie mogę tego sprawdzić, bo mi gadu nie działa z wyżej wymienionego powodu...

Dość mam już, naprawdę... Już nie mogę! Sprzątam sobie, a ktoś nade mną sterczy, czy aby robię wszystko ok. Czy to takie trudne do pojęcia, że kiedy się sama za coś zabieram, to będę starać zrobić się coś najlepiej jak potrafię?! Już nie mogę! To typ Zosi - Samosi, która potem będzie mówić na zewnątrz, że ja nic nie robię. Już znam ten typ człowieka aż nadto... Jeszcze wczoraj zastanawiałam się, czy dobrze robię przeprowadzając się, ale dziś wiem, że nie wytrzymałabym (przynajmniej od czasu do czasu).

Przynajmniej udowodniłam sobie, że teza mojej mamy jest błędna. Namacalny porządek w życiu nie jest najważniejszy:D. Trzeba też np. wiedzieć, dlaczego dziś sklepy są zamknięte. Szlag by mnie trafił, gdybym od rana do wieczora się uczyła i na słowo "alkohol" robiła dziwne miny i odpowiadała dziwnym tonem, ale nieudolnie stwarzając pozory, że temat, jak każdy inny. Oj... koleżanko... my z zupełnie innych światów... Przynajmniej dziś.

I niech mi nikt nie wciska kitu z jakąś internetową miłością! Chyba logiczne, że jeśli osobiście w "coś" takiego nie wierzę, to niczego tak nie nazwę. I niech mi nikt nie wciska kitu, że postanowił nie wyrabiać sobie od razu zdania o mnie i woli powoli mnie poznawać! Tylko nie wiem, jak skoro koniec końców kończy się na pytaniu "co ciekawego mi jeszcze napiszesz?" Wiem, to zdanie nie ma sensu, ale trudno! I tak ostatecznie wiadomo, o co chodziło. Takie pytania okropnie mnie drażnią! Po prostu pięknie wszystko przekreślają.

Tak to jest, kiedy w końcu spotka się osobę, która potrafi sprostać naszym oczekiwaniom. Efektem tego są porównania, niekończące się myśli, że Ktoś by czegoś tak nie powiedział...

Głupia jestem! I na obecną chwilę chcę gadu!!! Ale nawet go sobie nie mogę włączyć! I popadłam w desperację... o ile to nie jest już paranoja...


Potrzebuję Kogoś bardziej niż kiedykolwiek...

poniedziałek, 9 listopada 2009

spłonęło?

Czy to poczucie szczęścia? Jak nazywa się to uczucie? Nie wiem, jak to nazwać, ale żadne inne słowo nie przychodzi mi do głowy. Dobrze mi z tym stanem. Chciałabym, by trwał, ale jednocześnie gdzieś w głębi boję się, że ta świeca, która płonie, a może tylko się tli, zgaśnie; że zjawi się wiatr, który zdmuchnie płomień, że spadnie deszcz, potem nastąpi przymrozek i pojawi się sopel lodu na knocie, a zapałki gdzieś się zawieruszą...

Tutaj ludzie się zmieniają. Może oni bardziej odczuwają zagubienie niż ja. Pewnie dopiero wtedy, gdy człowiek znajdzie się daleko od domu, właściwie zostanie sam, ukazuje się jego prawdziwe oblicze. Wtedy można zobaczyć, jakim ktoś naprawdę jest. Teraz dobitnie widać psychiczną stabilność człowieka, przywiązanie do własnych zasad, do wyznawanych poglądów. To tutaj łamią się moralne kręgosłupy. To tutaj widać szkielety zbudowane z ości. Przykre, kiedy doświadczamy poczucia, że w fundamentalnych kwestiach nie znamy własnych przyjaciół. Podatni na wpływy stajemy się inni, ale niekoniecznie lepsi. Nie da się nie zmieniać, ale nie należy aż tak wszystkiego przewracać do góry nogami, bo potem, jak on mi to napisał, doświadczy się uczucia, że nie zna się samego siebie.

Istnieje jeszcze możliwość, że było się zaślepionym przez te kilka już lat. Ale, czy aż do takiego stopnia? Myślałam, że to ja jestem tym słabym ogniwem, które rzucono w wir studenckiego krakowskiego życia. Myślałam, że to ja będę robić coś na przekór sobie. A może tak właściwie nie znałam jej zasad. Może tak właściwie nic o niej nie wiem. Może ona była taka sama przez te kilka lat. Co się tak naprawdę zmieniło? Chyba mam za mało odwagi, by coś przerwać.  Bo przecież tak szybko nic się nie wypala, skoro istniało. Tylko właśnie coraz częściej zaczynam się zastanawiać, czy naprawdę istniało... To mnie męczy.



Tyle wielkich znaczeń dzieli nas... (kiedyś też dzieliło?)

niedziela, 8 listopada 2009

Znajom-ości

W Trójce leci Mann. Z dni tygodnia wypadło na niedzielę. Od czasu do czasu odczuwam skutki niewyspania. Myślę, że zażyłość w pewnej znajomości toczy się odwrotnie proporcjonalnie do czasu jej trwania - im dłużej trwa, tym więcej zauważam, jak wiele nas dzieli, w jak wielu aspektach mamy zupełnie inne poglądy na życie.
Dlaczego jest tak, że ludzie potrafią ze sobą rozmawiać do momentu, kiedy myślą podobnie, a kiedy zaczynają się różnić w jakichś szczegółach, rozmowy się urywają. Ktoś komuś zarzuca "czepianie się", ktoś komuś mówi, że nie będzie już rozmawiał na dany temat i zaczyna się milczenie. Co jest nie tak?!

Ma wrażenie, że ktoś wie za dużo, że za bardzo kogoś wtajemniczyła w swoje życie. Najgorsze jest to, że znają się od kilku lat. Myślała, że są rzeczy, które pozostaną między nimi - myliła się. Każdy temat jest dobry, kiedy "trzeba" porozmawiać. Przykro jej. Od jakiegoś czasu towarzyszy jej myśl, że ta znajomość kryje w sobie za dużo pytań. Te pytania już nie intrygują. Te pytania już męczą, bo to forma niedomówień, forma tajemnic. Takie znajomości nie mają raczej dla niej większego sensu. Ma za mało siły, by coś zakończyć. Z resztą przyjaźnie się tak szybko nie wypalają. Pewnie wystarczyłoby porozmawiać, żeby każdy powiedział, czego oczekuje, co mu nie pasuje, zaproponował jakieś rozwiązanie. Tylko problem polega na tym, że chcieć tego muszą obie strony. A tutaj się nie da. Tutaj ktoś czegoś unika.

Przyjaźnie są trudne. Zaufanie jest jak biała bila - toczy się po stole - zielonym stole nadziei - obija się o inne, odbija się od ścian; czasem wpada, ale można ją wyciągnąć, by zacząć od nowa - trzeba tylko chcieć grać dalej. Może przyjaźń, w której realność tak trudno naprawdę uwierzyć jest tą właściwą, tą prawdziwą?

Dziś wie, że istnieją ludzie, którzy w sytuacji, kiedy dla jednej ze stron jest coś niejasne starają się wyjaśnić.i nie robią z tego problemu. Dziś takich zna, dlatego być może więcej wymaga...

środa, 4 listopada 2009

...

Jest nadmierne milczenie. Są słowa, których czasem się nie wypowiada. Pewni ludzie przeszli na służbowy ton komunikacji. W pewnych kontaktach należy przejść na wyższy poziom tolerancji co do upierdliwości pewnych cech.

Znów stało się coś, co doprowadziło ją do zagubienia. Chciałaby znać konkretny powód tego stanu. Może zadaje sobie i innym zbyt wiele pytań, może "wierci dziurę w całym"... Momentami tak bardzo jej trudno. Ma wrażenie, że do pewnych emocji nie chce się przyznać sama przed sobą, a co dopiero przed kimś innym. To takie ważne, że jeszcze znajduje się ktoś, kto wygospodaruje czas, kto stara się rozwiązać, być może urojony, problem. Sama świadomość istnienia takiej osoby jest tak bardzo budująca, tak bardzo momentami potrzebna.

Fakt, można przysłowiowo coś olać, ale zawsze istnieje to "ale...". Chciałabym umieć się nie przejmować. Czasem chciałabym móc nie myśleć o pewnych sprawach.Właściwie traktowana jak powietrze - potrzebna, a niezauważalna. Potrzebna do płacenia za mieszkanie - już po nic więcej. Figuruje już jako "ta zła". To zatrważające, jak ludzie potrafią się zmienić, kiedy ktoś naprawdę zajmie się swoim życiem i w końcu zacznie myśleć o sobie. To wszystko jest takie trudne, zwłaszcza, kiedy trafia się na ludzi, którzy wobec czegoś, co nie zdarza się po ich myśli wpędzają człowieka w poczucie winy.

Czasem tak trudno jest zaufać. Czasem ufamy nie wiedząc właściwie dlaczego. Czasem mamy poczucie zbyt szybkiego okazania zaufania dla drugiej osoby. Jednak czasem zdarza się tak, że ufamy niemalże od samego początku znajomości. Odchodzą wszelkie obawy przed zranieniem, zawiedzeniu się na kimś. Mamy wrażenie, że znamy kogoś dłużej niż pozostałych znajomych, a w rzeczywistości znamy kogoś najkrócej. Czujemy coś nie znajdując na to wytłumaczenia, czujemy mimo wszystko - jednocześnie nie będąc pewnym, że dzieje się dobrze, że tak powinno być. Bo czasem zastanawiamy się, czy to wszystko jest możliwe.


sobota, 31 października 2009

WC!

Przeprowadza się. Za jakieś 2 tygodnie będzie bezpieczniej i buty nie będą otoczone błotem. Tak - w tym mieście jest błoto - tam jest. Dziwna atmosfera w "starym" miejscu. Ludzie zamilkli na jakieś 3 godziny, kiedy ich poinformowała, że chce się wyprowadzić. Potem udzieliła wywiadu: "dlaczego, po co, na co, jak to?". O mały włos ktoś nie rzucił nią telefonem komórkowym, żeby podać jej numer do właścicieli mieszkania. Fajne uczucie, nie ma co. Kolejne doświadczenie. Dobrze, że wtedy on był "dostępny", to jakoś pomógł jej przetrwać i jakoś podtrzymał na duchu, a ona dzięki temu potrafiła utrzymać nerwy na wodzy.

Nie mówi, że się nie boi, bo boi się. Nowa sytuacja, nowi ludzie, nowe miejsce. Ma nadzieję, że będzie lepiej, bezpieczniej, że to otworzy jej jakieś możliwości, niemalże niczym okno na świat. Co prawda wracając na mieszkanie nie będzie miała rówieśników, tylko dorosłą kobietę, ale nie wygląda, by było źle. Czekają ją nowe obowiązki, ale za to dach nad głową w korzystnej cenie. Jeśli dostanie stypendium będzie właściwie niezależna finansowo od rodziców. To wszytko stało się tak nagle, decyzja nie była łatwa, ale jednak podjęta "na przeprowadzkę". Ciekawe, jak tam będzie... Czy podoła? Co wyjdzie z jej planów, o których dokładnie wie... tylko on!? Innym coś tam wspominała, ale jakoś nigdy nie było czasu.

Magda postanowiła się odchudzać, żeby widzieć efekty robienia czegoś dla siebie. Muszę przyznać, że chyba nie wpadłabym na tak proste rozwiązanie, w sensie naocznej zauważalności efektów. Na studiach ciągle się coś je, wbrew pozorom Powroty domu to swoisty detoks od pierdół do jedzenia. Ale nie zaprzecza to faktom o "biednych studentach", bo właśnie dzięki takiemu jedzeniu zaspokajają podstawowe potrzeby żywieniowe;), w miarę niewygórowanej cenie.

Zaskoczyło ją, kiedy zobaczyła, kto obserwuję jej bloga:). Sam Pan Marcin;) - witam Pana, miło mi;).

Cejrowski w Krakowie w Auditorium Maximum:D. Idziemy z Magdą, co raczej można zaliczyć do rzeczy oczywistych. A nawet jeśli by ktoś miał jakieś wątpliwości, to decyzja już została podjęta i ja nie dopuszczam do siebie myśli, że mogłoby nas tam nie być:P. Teraz czekamy na udostępnienie biletów i wydając jedyne 35 zł spędzimy cudowne, gorące:P 3 godziny (wedle zapowiedzi) w jakimś ciepłym, żeby nie napisać "gorącym" miejscu, a tam gdzieś za ściana już pewnie będzie poniżej zera;). mmm... cudnie... Tyle tylko, że trzeba będzie się przenieść podczas opowieści w nieznany nam świat z otwartymi oczami, żeby nie umknęło nic ważnego:P. Już się nie mogę doczekać:D. Oby tylko udało nam się zdobyć bilety na jakieś dobre miejsce - byłoby idealne;).

Coś jeszcze? yyy... to może potem, bo teraz znikam:P

niedziela, 25 października 2009

zagryzione zęby

Kiedy wracam zaczynam tęsknić. Tylko to nie jest tęsknota pojawiająca się tam. Ta tęsknota nasila się tutaj, kiedy wracam do domu. Kiedy tu wracam nie potrafię przestać o nim myśleć. Przecież nie można tęsknić za kimś, kogo się nigdy nie miało! Przecież tego nawet nie można nazwać tęsknotą!

Ej, Ty! Dlaczego śnisz mi się od tygodnia?! Ej, Ty! Po co śnisz mi się co noc w takich dziwnych sytuacjach?! Ej, Ty! Przecież nie pasujesz do tych wszystkich sennych sytuacji, więc co tam robisz?! Co się dzieje?! O co chodzi?! NIE ROZUMIEM!!!

Ile jeszcze minie czasu zanim udowodni sobie, to czego chce? Ile jeszcze minie czasu zanim zrozumie? Tylko, czy tutaj jest coś do rozumienia? Potrzebuje pomocy, potrzebuje rozmowy. Takiej rozmowy, podczas której poczuje pracę własnego mózgu, takiej w której będzie to "coś", czego tak usilnie szuka. Dlaczego zagryza zęby - nie wie. Mogłaby przecież powiedzieć wprost o co jej chodzi, bo może ktoś nie dostrzega tego, co ona. Mogłaby... jednak tego nie robi... Nie chce? Na coś czeka. Sama nie wie na co i na siebie się wścieka.

Zaufać. Tak... chciałaby, a czuje, że już nie będzie potrafić, że już jakby wykorzystała cały przeznaczony dla niej limit. Nawet nie potrafi tego wyjaśnić. Jedna osoba to wszystko rozumiała... jedna, z którą nie rozmawia... bo... czeka?! GŁUPIA!

wtorek, 20 października 2009

ryż

Próba zrozumienia macierzy na etapie połowiczności. Oj, żeby to chociaż było w takim stopniu... Doznaję ogólnego zaćmienia umysłu. Przestawiłam się na jakieś australijskie funkcjonowanie. Najlepiej czuję się z książkami nocą (wtedy w Australii jest dzień). Mogłabym nocą siedzieć, mogłabym czytać, szukać, odkrywać, mogłabym wtedy robić mnóstwo rzeczy... Jednak świadomość porannego przebudzenia mnie przeraża. Kończę więc naukę ze świadomością niewielkiego zwiększenia zasobu swojej wiedzy i wizji tradycyjnego już niewyspania kolejnego dnia. I codziennie zataczam koło: chodzę późno spać, wcześnie się budzę i co rano zastanawiam się, dlaczego ten budzik JUŻ dzwoni... Naprawdę lepiej czuję się nocą. Wtedy jest jakoś łatwiej, ze wszystkim. Wtedy jakoś przyjemnie się myśli;). Zaczęłam już funkcjonować na kawach. Sukcesywnie rozpoczęłam wypłukiwać magnez z organizmu. Taki styl życia podobno prowadzić może do zawału i przedwczesnej śmierci. Co prawda to raczej w moim przypadku początkowe stadium, ale jednak zawsze jakiś zalążek... Podobno facetom służy taki styl życia i stosunkowo krótki sen, kobiety niestety sukcesywnie zabija... no właśnie...

Czegoś jej brakuje, nie potrafi tego nazwać. Czyżby tęskniła za czymś, czego nigdy nie miała? Istnieje w ogóle taki rodzaj tęsknoty? Zastanawia się nad wieloma aspektami, nad sensem wielu spraw, znajomości, rozmów... Nie potrafi znaleźć satysfakcjonujących ją odpowiedzi. To takie trudne... Trywialne? - bardzo możliwe...

Nieprzyzwyczajona do takiej ilości przekleństw. Pierwszy raz spotkała kogoś takiego w swoim życiu (nie mów jej teraz, że to dlatego, że każdy jest inny, bo to akurat wie - generalizuje). Dokonywanie ogromnej selekcji wypowiedzi nowego znajomego - selekcji prowadzącej do wyrzucenia "ozdobników" bywa męczące:P. To też trudno jej zrozumieć. Chciałaby wiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Dlaczego ludzie "wsadzają" miażdżące uszy słowa właściwie w co drugi/trzeci wypowiadany wyraz. Nic nie powiedziała. Przeszkadzało jej to okropnie, a jednak słuchała. Sama nie wie dlaczego nie potrafiła nic powiedzieć, zareagować, poprosić o to, by to mówiący dokonał selekcji wypowiadanych wyrazów oszczędzając pracy słuchaczowi.

Miała nie ufać facetom. Chciała dziś zrobić wyjątek. Zabrało jej to więcej czasu niż się spodziewała. W rezultacie zamiast wracać do domu jakieś 40 minut wracała z nimi ponad godzinę. (tak widocznie wyglądają skróty w męskim wykonaniu:P). Nie, nie ma uprzedzeń do tej płci. Podobno faceci maja dobrą orientację w terenie... dziś przekonała się, że niekoniecznie:). Ale gdyby nie poświęciła swojego czasu na dłuższy powrót do domu, nie dostałaby darmowych ryżów na mleku, plastikowej łyżeczki i podkładki pod filiżankę;). Takie poświęcenia zawsze się na coś przydają. Choćby na wyciągnięcie jakichś wewnętrznych wniosków, usłyszenia "powodzenia" i może jakiegoś "cześć" kiedyś na korytarzu.

Nowy znajomy nie dbał o to, jak ma na imię, nie pytał, może lepiej - oni chyba totalnie nie przywiązują uwagi do takich błahych? spraw. Opowiedział im trochę swojego życia. W końcu jakby nie było spędzili ze sobą trochę dnia. Miał dziewczynę rok temu. Nie poleca związków na odległość. Są zbyt męczące. Jeździł do niej bardzo często - teraz ma spokój, czasem się spotykają, pogadają jak kuple. Nie ma to jak szczerość "spokoju" z ust faceta;). Wyzuła, że jakoś go zaintrygowała? Zaczął się jej jakoś tłumaczyć z tematów, które podejmował. buhahaha

Gratisowy ryż bardzo smaczny muszę przyznać. Nowa pyta happysad pozytywnie oceniona, aczkolwiek w otaczającym nastroju dziwnie odczytywana. Lubi takie inteligentne teksty. Lubi wyrażenia, które skłaniają ją do myślenia.

sobota, 17 października 2009

jest czas?

W autobusie jakiś pan usiadł obok niej. Wstał, spojrzał na nią, zapytał, czy wolne, bo się jakoś tak rozpanoszył. Odpowiedziała, że tak. Siedzieli obok siebie. On rozmawiał z jakimś kolegą siedzącym na przeciw. Wysiadając powiedział jej "dobranoc". Zdziwiła się, że są jeszcze tacy ludzie, nadal wyczuwa to zaskoczenie.

Powroty do domu za każdym razem inne. Wczoraj opuszczała to miasto ze świadomością, że chce tam wrócić. Upajała się widokiem ulic nocą, mieniących się w szybach autobusu świateł samochodów połyskujących w mokrej od deszczu jezdni. Kiedy wróci, śniegu już tam na pewno nie będzie. Tak, tak... śniegu! Bo otóż chyba od tygodnia mamy śnieg w namacalnej postaci. Swoją drogą kombinowanie letnio - jesiennych ubrań na wersję zimową wyzwala w człowieku różne twórcze konwencje:P. Te braki w garderobie zmusiły ją jednak do powrotu do domu. Kiedy już zaopatrzy się w cieplutką wersję, pogoda zapewne wróci do łask i sypnie słońcem;).

Przełamała się. Jakoś ogólnie lepiej się tam czuje. Ten ostatni weekend spędzony w Krakowie zapewne musiał czymś zaowocować:). Cierpi tylko na zapominanie imion nowopoznanych osób z czym usilnie próbuje walczyć.

Nadal oficjalnie niezintegrowana, ale wierzy, że wszystko i tak nastąpi w odpowiednim momencie, a ludźmi nie ma się za bardzo co przejmować, bo większość nami się nie przejmuje.

Gdyby z kimś była nie odczuwałaby takiego zimna. Wiedziałaby, że może i ma się do kogo przytulić, że ma z kim dokonać bilansu cieplnego. A tak? Czeka ją czasem kilka warstw swetrów, wieczne pamiętanie o rękawiczkach, parasolu, własnoręczne robienie herbaty i świadomość, że nikt nie napisze...

A on nie ma czasu... Momentami bardzo potrzebuje rozmowy z kimś, z kim się nie pokłóci i mogłaby pozwolić sobie na niedopowiadanie myśli, ale wie, że nie może się narzucać... Nie chce się narzucać... Ma mu to powiedzieć? A może właśnie powinno być tak, jak jest. Może tak jest lepiej?

Trzeba zacząć się uczyć. Zaopatrzona w większość książek z brakującym "tylko" natchnieniem. Coś trzeba zacząć robić, by nie odczuwać własnej głupoty i móc rozumieć "o czym do mnie mówisz".

Chciałabym być mądrym człowiekiem...

klik

poniedziałek, 12 października 2009

poniedziałkowo

Podstawy filozofii... ekhm... Wyczuwam silną potrzebę nauki spania z otwartymi oczami:P Myślałam, że to ja rozpamiętuję wszystko nadmiernie i roztrząsam większość spraw na czynniki pierwsze (niepotrzebnie). W obliczu dzisiejszych ćwiczeń doszłam do wniosku, że ze mną jest wszystko w jak najlepszym porządku. Tłumaczenie, czy też próba wytłumaczenia rzeczy oczywistych jest... hmm... nudna? Być może. Sama nie wiem... dziś akurat mnie to nudziło. Może jestem za głupia na takie myślenie, takie analizowanie, dostrzeganie przykładów, zrozumienie. Problem identyczności i 1,5 godziny i w moim przypadku żadnych konkretnych wniosków - nic nowego to nie wniosło. Nie wiem... może to tylko dziś takie wrażenie;)

Ludzie - tacy jacyś... Dziś znów, jakby każdy sobie, jakby każdy w innym świecie. Już nie wiem - to ze mną coś nie tak, czy wszędzie jest tak samo? Nie potrafię się zafascynować jakąś osobą. Już za późno na integrację? Sama nie wiem...

Myślisz, że za późno? Myślisz, że będzie lepiej? Jak będzie?

piątek, 9 października 2009

tęsknota?

Lubię to miasto nocą. Kraków nocą... mmm... mogłabym tak siedzieć i nawet marznąć na przystanku, gdziekolwiek. Jeszcze dziś te gwiazdy. Ta romantyczność przytłacza. Czasem tak ciężko samej, czasem tak bardzo bym chciała...

Kartki z napisami, które chciałabym kiedyś dostać. Chciałabym ulec szaleństwu. Czasem tak bardzo bym chciała. Tutaj byłoby idealnie będąc z kimś. Z kimś, kto zrozumiałby milczenie, kto usiadłby patrząc w tą samą stronę i oddał się wspólnemu milczeniu. Mógłby też patrzeć w inną stronę, byleby dało to poczucie wspólnego milczenia.

Sprawdziła w necie, czy może kupić książkę. Poszła do tej księgarni, a książki w ogóle tam nie ma. Głupia? Idiotka?

Nie rozumie ludzi długo rozmawiających przez telefon na tematy, które można zawrzeć w kilku zdaniach. Zła na nieumiejętność zauważania oszczędności wśród jej znajomych. Czy ona jest za bardzo wyliczona? Dlaczego nie potrafi tego zrozumieć? Co w niej jest nie tak? Czy kiedykolwiek spotka kogoś, kto będzie dla niej, tak jak ona sobie to wyobraża?

Czuje, że mogłaby żyć w świecie wzajemności, kiedy każdy coś od siebie daje, nie oczekując ogromnej wdzięczności; w świecie, gdzie większość rzeczy byłaby wspólna, gdzie rozmowa z nieznajomym człowiekiem nie byłaby "dziwna". Utopia?

Można tęsknić za kimś, kogo się nigdy tak naprawdę nie "miało"?

środa, 7 października 2009

"Zapraszamy na chaos Twoich spraw"

Poszukiwania podręczników trwają. Dylemat, czy aby da się funkcjonować karmiąc się wyłącznie wiedzą. Może lepiej jednak zadbać o swój żołądek... W zasadzie życie "na sępa" podświadomie jakoś mi wychodzi. Co ja poradzę, że ludzie dzielą się ze mną jedzeniem. W wersji poglądu, że jedzenia się nie odmawia i na jedzenie zawsze i wszędzie, to raczej normalne:P.

Nocna eskapada po internecie w poszukiwaniu antykwariatów. Lista na dzisiejszy "wypad" na miasto;) oj dłuuuga... Mapa? Oj tak! Zastanawiam się tylko ile ona ze mną przeżyje... Wczoraj biedaczka została sama w teczce, a ja intuicyjnie się nie zgubiłam.

Zdruzgotana faktem braku działów matematycznych w księgarniach. Matematyka jako matka wszystkich nauk, a podręczniki do niej są we wszelkich innych działach... A Ty studencie domyśl się, gdzie masz szukać, bo kiedy zapytasz, to dziwnie na Ciebie popatrzymy... Czy to sygnał, że należy się przenieść na matematykę dla ambitnych, kiedy nigdzie nie ma książki na optymalnym poziomie kierunku, na którym przyszło mi studiować? Pewnie tak... i "może nie będzie aż tak źle".

Nie ulega wątpliwości, że kiedyś trzeba będzie zacząć się uczyć. Pytanie tylko na ile owych pomocy naukowych będzie mnie stać...

Zadanie na najbliższy "za tydzień"? A3 - autoprezentacja. Chyba mam jakiś pomysł... Ale wczorajsza wersja "tabula rasa" wydaje się imponująca. W końcu studia kształtują człowieka, prawda? I to taki jakby ostatni etap na właściwe siebie ukształtowanie na czas prawdziwej dorosłości. Nie, nie... nie będę przesadzać... Wylecieć na początku nie byłoby przyjemne. Ale przynajmniej będę mieć alternatywne wytłumaczenie na puste pola;).

Ogólnie to jakoś mi tak lepiej. Nie jest to stan mega euforii, ale jednak sama w sobie widzę różnicę. Ciekawe jak długo potrwa taki stan. Nie potrafiłam sobie poradzić ze świadomością, bycia schematycznym w zadawaniu pytań z serii: "jak masz na imię? skąd jesteś? gdzie teraz mieszkasz? i jak?". Wiem, wiem... bardzo "mądre" podejście do sprawy, które nadal trwa, ale staram się zagryźć zęby;/.

Pomogły dwie zielone herbaty o smaku morelowym? Herbata jak narkotyk? Niewątpliwie tak zadziałała;)

Mglisty poranek. Przedzierające się słońce. Zapowiada się ładny dzień? Ale w każdym calu? Na pewno? W związku z tym zrealizować wersję w spódnicy? Do 11:00 to już chyba będzie pięknie, ładnie i powabnie;)

Chaos (nie)kontrolowany? Właściwie to dokładnie tak. Może następnym razem będę w stanie uporządkować myśli.



poniedziałek, 5 października 2009

wciąż...

Boi się. Chce do niego napisać i poprosić o pomoc. Wie, że potrafiłby napisać jej coś, co by jej pomogło. Powstrzymuje się w nadziei, że samo przejdzie. Chciałaby poradzić sobie z bezsensem, z niechceniem, z tymi wszystkimi dziwnymi uczuciami, które jej towarzyszą. Trudno jej. Potrzebuje kogoś. Czegoś jej brakuje. Chciałaby potrafić się zaklimatyzować. Nie rozumie, dlaczego tak się czuje. Potrzebuje kogoś, kto potrafiłby jej pomóc. Chciałby tutaj mieć kogoś takiego. Kogoś, kto zrozumiałby jej milczenie, kto razem z nią byłby w stanie usiąść i pomilczeć. Kogoś, kto milcząc rozumiałby wszystko.

Przynudza. Nadużywa słów "bez sensu". Jest na siebie zła. Chciałby potrafić się przekonać, przekonać do samej siebie, do ludzi, których przychodzi jej spotykać. Coś się dzieje. Coś nie tak. Co ma zrobić, by pozbyć się tych myśl? Chciałby... tak bardzo by chciała... dlaczego nie potrafi?

niedziela, 4 października 2009

Huśtawka

Skończyło się...
Zaczęło się...
Nowy etap - nowy blog? Być może właśnie tak. Choć tamten istnieje nadal w wersji utajnionej, bo... tak lepiej? bezpieczniej? być może...

Minęło kilka dni, a jakoś nadal nie potrafi się odnaleźć. Wie co powinna robić, co byłoby dobre, poprawne, ale nie potrafi jakoś się do tego przekonać. Jakby robiła coś wbrew sobie, ale jednak to nie to. I nie chodzi tutaj o zagubienie, o tęsknotę, czy coś w tym stylu. Po prostu, a może i nie po prostu, towarzyszą jej dziwne uczucia. Do tego trudno jej to nazwać. Denerwuje ją taki stan.

Biega. Tak... biega za czasem, życiem, może właśnie ciągle "za", może powinna coś zrobić, by być przynajmniej w wersji równoległej. Tylko zastanawia się nad konkretami.

Jakieś takie nowe życie. Bułki posmarowane masłem jedzone w pośpiechu, woda gotowana w czajniku elektrycznym, słabe obiady, autobusy jeszcze tylko z numerem bezpośredniego połączenia, bilety w wersji szkolnej, normalnej i już studenckiej i tacy jacyś dziwni nowi ludzie. Trudno jej się przekonać, znowu zaufać; jakby tego nie potrzebowała - już nie potrzebowała.

Pierwsze wrażenie? Miasto indywidualności, widocznej odrębności, wrażenie, że "każdy sobie rzepkę skrobie". Nie tak miało być. Uprzedzona? Być może. Jednak wie, że nie jest źle. To tylko w jej głowie coś jest nie tak. Jakieś myśli, których nie potrafi okiełznać. Wciąż szuka rozwiązania, idealnego rozwiązania, idealności.

Rozmawiała z nim. To zawsze pomaga. On też miał takie samo wrażenie, kiedy był w Krakowie. Uspokoiło ją to. Lubi z nim rozmawiać. I chociaż ta znajomość opiera się głównie na rozmowach za pomocą komunikatora ma nieodparte poczucie wyjątkowości tej znajomości. Dobrze jej z tym.

Boi się, że zamyka się w sobie. Trudno jej znaleźć słowa, by opisać tyle rzeczy, robi mnóstwo literówek na gadu, popełnia więcej niż zwykle błędów ortograficznych. To ją denerwuje. Próbuje z tym walczyć, ale...

Czasem boi się tego, co będzie, ale tylko czasem. Nie mówi o tym często z uwagi na to, że inni boją się bardziej; by nie budować nerwowej atmosfery. Czasem pęka. Pęka w momencie, kiedy właściwie całe "nerwowe otoczenie" się uspokoiło, kiedy zobaczyło, że jest lepiej niż się tego spodziewało, kiedy reszcie zaczyna się wszystko optymistycznie układać. Nie lubi tej odwrotności. Właściwie tylko on jest w stanie wtedy powiedzieć coś, co jej zawsze pomaga. Nie chce słyszeć słów typu: "Ty?! No coś ty...". On nigdy jej tak nie pisze, a przecież w porównaniu z innymi znają się krótko. Właściwie to jakoś się trzyma, choć ostatnio w głębi czuje jakiś smutek i niezrozumienie ze znajomymi. Nie potrafi sobie odpowiedzieć dlaczego.

Codziennie uczy się życia, huśta się na krawędzi bezsensu, ostrożności, zaufania, porażki. Czuje zatraconą gdzieś zdolność koncentracji, wie, że potrzebuje mobilizacji. Gdzieś w głębi boi się, że nie starczy jej sił...

Obecnie szuka siebie w nowym świecie. Może odnajdzie się tam szybciej niż jej się wydaje?