poniedziałek, 30 listopada 2009

autobusowe drzwi

To zawsze stres naciskanie przycisku (jakkolwiek to brzmi) z napisem "otwieranie drzwi" w autobusie., czy tramwaju. Bo zawsze może się zdarzyć tak, że się nie otworzą... Na szczęście jak na razie się otwierają. Chociaż czasem miewają problem z zamknięciem. ;)

To złośliwość, że kiedy przychodzi się na przystanek to akurat nic w danej chwili nie jedzie, mimo, że ten przystanek jest w miejscu, gdzie można jechać czymkolwiek?:>

niedziela, 29 listopada 2009

cukier

Zjem czekoladę
choć zostało tylko dziewięć kostek.
Jem czekoladę...
Bo mi smutno.
Teraz już całkowicie.
I jakoś za bardzo.
Potem będzie kisiel z olbrzymia ilością cukru.
I może będzie mi aż niedobrze.
może pójdę spać.
I jutro będzie tak samo.
I kupię nową czekoladę
zanim posolę twarz
pójdę spać
może zdążę...
wątpię.
NIE CHCĘ TAK!
brak.

i to nie wiersz!
i niech to nawet będzie egoistyczne!

mediatorowo

Dlaczego nie jest czasem tak, jakbyśmy tego chcieli? Dlaczego czasem trzeba ciągle na coś czekać? Dlaczego jest aż tak inaczej niż by się chciało, mimo, że przecież nie jest źle...? Dlaczego czasem czuć tak wielki brak czegoś, czego się nigdy nie miało? Po co to wszystko? Po co coś, czego nie ma? Czasem jest zbyt trudno...
Braki mam... w życiu?

Wczorajsze MediaTory bardzo pozytywnie odnotowane. Przedarte żółte zaproszenie. Ludzie, którzy podzielili się z nami jedzeniem i telefony, które znów wpędziły mnie w poczucie winy i jakiegoś idiotycznego bezsensu. Może faktycznie dobrze byłoby wykopać dół i do niego wskoczyć? Ale skupmy się na czymś innym (nie ma to jak zwrócić się do siebie z szacunkiem).  Hełmówka oczywiście też na Gali. Pominę fakt istnienia wyłącznie tam, gdzie blask światła... Co mi z tego, że myślę, iż ten świat wymaga zachowania naturalności i skromności, a nie epatowania dumy i widocznego przybierania póz...
  Najsztub w niebieskiej koszulce palący przy samochodzie. Bryndal w efekcie z wibratorem na ustach. Kuźniar miażdżący pytających, ćwiczący dykcję z korkiem. Nieobecna Krall z zapaleniem oskrzeli. Torańska dzwoniąca do Krall. Werner z nieaktualnym zdjęciem, bo zmieniła fryzurę. I tacy kurcze sami zza szklanej szybki, zza drukowanych słów i zza głośników radioodbiorników. I prawie, że vipowskie miejsce:P. A orkiestra z AGH genialna;)

A potem kierunek 'Prądnik Czerwony' i pierwszy powrót nocnym autobusem odnotowany w rubryce "przeżyłam". Wróżby andrzejkowe bardziej niezrozumiałe. Tak... było mi nadmiernie melancholijnie;/. Ostatnio jakoś tak się zdarza w takich sytuacjach. Nie chcę tak!

Szukam mobilizacji... nadal...
Jak się człowiek przestraszy, kiedy mu wyskoczy na monitorze okienko rozmowy, to chyba nie jest już za dobrze...

piątek, 27 listopada 2009

.

Prawie tydzień bez internetu. Myślałam, że będzie gorzej, a jednak dało się wytrzymać. Naprawdę nie było tak źle. Może to dlatego, że zajęłam się dbaniem o własne zdrowie i walką z wirusami, bakteriami i tym podobnymi sprawami. Jak na razie chyba skutecznie. Byle by to nie  była cisza przed burzą... Nie chcę jeszcze umierać i to na świńską grypę...

Przeprowadzka doprowadzona do skutku. Wszystko wygląda na całkiem w porządku. Zobaczymy, jak będzie dalej. Swoją drogą nie myślałm, że już nazwoziłam do Krakowa tyle rzeczy... Delikatnie pisząc - przeraziłam się, kiedy zaczęłam to wszystko pakować. Na szczęście zmieściłam wszystko w nowym (własnym) pokoju na mniejszej powierzchni, więc może nie jest tak źle, jak mi się wydaje:P.

Potrzebuję sposobu na mobilizację do nauki.
Potrzebuję leku antysennościowego.
Potrzebuję jeszcze...

niedziela, 22 listopada 2009

(Z)lewa oprawka na prawo

Oj... piękna to rzecz złamać grzebień na własnych włosach... W związku z tym będę musieć zainwestować w nowy, bo jak to tak, takim wybrakowanym... Ale to chyba nie agresja, prawda?;)

A czekolada, która zawsze ma być "na jutro" owego jutra nie doczekała... Ale dobra była:P Taka austiacka i to od wujka, to już w ogóle rarytas i z nieoszukaną liczbą orzechów oczywiście. No... ale co do smaku to nigdy nie wybrzydzam, byleby nie była wyrobem czekoladopodobnym, który dziwnie się zachowuje w kontakcie z zębami, językiem i śliną. Tyle tylko, że dbam o swój zacny żołądek i nie podrażniam go jedzeniem np. kostki dziennie. Co ja poradzę na to, że nawet mimo mojego odwiecznego uzaleznienia słodyczowego, kiedy chcę się z kimś podzielić to ludzie mówią, że dziękują. Nie pozostaje nic innego jak oddać się egoistycznej delektacji z myślą "już więcej nikogo nie pytam" (aż do następnego razu). Tylko niech mi potem nikt nie mówi, że się nie dzielę - ile można pytać... w końcu się zjada w samotności...

Męczę "Wstęp do prawoznawstwa", a może to on mnie męczy, a może nawet to tak ze wzajemnością. Nie wiem, jakoś tak trudno mi się z nim dogadać, choć nocą to jakoś (musze przyznać) łatwiej... Bo w dzień to staje się taki jakiś wywołujący senność w człowieku. Tak, oczywiście spałam z nim, tzn. obok był świadomie położony. Tyle, że hmm... zmarzłam w stopy i to w dzień i nawet wiedza mi nie przepromieniowała:(. W ogóle taki jakiś no... brzydką ma okładkę, taką brązową i cały taki szary wewnątrz, jak Micuń. Tyle, że Micuń objawiał jakiś większy koloryt okładkowy i nawet mi się rozkleił przy którymś początkowym zagięciu, coby się tak szybko nie zamykał, a ten nic. Sztywny taki, okładkę tylko otoczył szramą zagięcia od czytania i tyle. Teoretycznie do pierszego! (nie wiem, co to będzie) egzaminu ponad trzy tygodnie, ale praktycznie to tak, jakby miało być jutro, a ja nic jeszcze nie umiem...
  A kolor okładki już wiem co mi przypomina. Okładka w kolorze piernika! Tak, takiego lukrowanego. O! w końcu jakieś toruńskie wydawnictwo:P. Przynajmniej tu przejawili jakąś formę żartu?, czy jak to tam nazwać...

Piernikowy "Wstępie do prawoznawstwa" daj się łatwo i szybko przyswoić i żeby efekt był jeszcze jakiś satysfakcjonujący... to może kupię Ci oprawkę? Przyznasz, że nawet ładnie brzmi;).

piątek, 20 listopada 2009

dziś

Mam osiemnaście lat.
 Jeszcze.
Do dziewiętnastu brakuje mi dwudziestu ośmiu dni.
 Już.
Studiuję.
 Jeszcze/ już...
   Za trzy dni minie rok od dnia, który paradoksalnie zmienił dużo na lepsze, dzięki któremu za siedem dni będę mogła uroczyście powiedzieć, że chociażby dla tej jednej znajomości warto było...
   Eh... gdyby nie pamiętnik, który od czasu do czasu męczę swoimi myślami nie wiedziałabym tego pewnie tak dokładnie... A tak, mimo czasem monotematyczności i nudności, znajdzie się w nim coś pożytecznego.

Czasem jest tak, że człowiek podporządkuje część swojego życia pewnym sprawom. Poświęci czemuś swój czas, będzie przekładał inne sprawy, byleby tą jedną sfinalizować. I mimo tego, mimo poczucia, że zrobiło się wszystko, coś nie wychodzi. I rodzi się pytanie "dlaczego?". Czy warto było zatem rezygnować z jakichś dawnych marzeń o, dajmy na to, koncercie, skoro i tak nic nie wyszło? Czy nie udaje się dlatego, że czemuś za bardzo się poświęciliśmy? Czy nadal warto coś poświęcać, skoro znów może się nie udać? Dlaczego te pytania nie mają satysfakcjonującej odpowiedzi?!

I to nie jest rozpacz dziecka, które nie dostało tego, co chce.




"Życie to powieśc Boga.
Pozwólmy Mu ją pisać."
                                                               Isaac Bashevis Singer

czwartek, 19 listopada 2009

"yes I'm havin' a good time"?

Wychodzę rano z bloku, o ile ranem można nazwać 11:00;) i blokiem budynek mający 3 piętra;), a tuż przed wejściem widnieją jakieś litery napisane kredą na kostce. I to nie jest objaw wścibskości, ciekawości, czy czegoś tam, bo tak mi się wydaje, że każdy to sobie przeczytał, jak po tym przechodził. A napis niniejszym zacytuję:

"Maks
jutro się
bawimy
Karina"

Muszę przyznać, że ryzykowny sposób pozostawiania wiadomości, ale jednak zahaczający o jakąś oryginalność. Z tego by wynikało, że w tym bloku, z którego nomen omen niedługo się wyprowadzam, jednak mieszkają jacyś inni ludzie, zaliczający się do tych, którzy gdzieś wychodzą, a nie tylko do pracy i ewentualnie na spacer z dzieckiem i chodzący spać i budzący się o stałych godzinach... Swoją drogą to musi być miłe uczucie tak sobie rano przeczytać taką wiadomość. Dobrze, że nie padało ani nie spadł śnieg, bo mogliby się nie spotkać...

Batonikowe musli kauflandowskie ładnie pachnie. Smakuje też dobrze, tyle, że takie delikatnie oszukane, jakby nadmuchane (w sensie, że zawierające przerwy między tym czymś z czego jest zrobione i zlepione:P). I... tu uwaga... pierwszy raz w życiu udało mi się kupić jogurt (nie ukrywam, ze z promocji), który po otwarciu miał czyste wieczko! Co prawda niosłam go bardzo ostrożnie w nadziei, że w końcu się uda:P. Ale już go trawię, więc po jogurcie;).

Na tych studiach dowiaduję się bardzo ciekawych rzeczy, oj... bardzo... Tak... komunizm upadł, bo zaczęto walczyć z alkoholizmem - przykra, ale prawdziwa anegdota historyczna;). I mimo tych dwóch najnudniejszych w świecie wykładów w trakcie przerwy uraczono mnie stwierdzeniem o mojej dzisiejszej błyskotliwości, która i tak ze mnie uleci po kolejnym wykładzie;). Eh... czasem dobry humor z człowieka nie ulatuje mimo wszystko;). Chyba, że trafi się na kogoś, kto bardzo będzie się starał sprawić, by było źle, ale na szczęście takiego kogoś ominęłam szerokim łukiem:).

Może to wszystko przez tą piosenkę, którą puścili w Trójce jak wychodziłam... jakoś się wtedy tak już całkiem pozytywnie zrobiło, mimo, że na co dzień takich nie słucham... klik

Ta notka to już chyba dzisiaj całkiem ni do składu ni do ładu... Trudno, nie będę już mazać;). Za chwilę idę dalej coś zjeść:P.

środa, 18 listopada 2009

jaśniejszy ciemnogród

Codziennie, o coraz wcześniejszej porze zasłaniasz okno czymś, co ludzie nazywają zasłoną. Zasłaniasz widok na miasto, na które można by patrzeć... wciąż patrzeć... Tam zaświecili już latarnie, może nawet pada deszcz i wszystko mieni się na tysiące odcieni, mimo, że przecież jest już ciemno Czasem jeszcze gdzieś wcześniej prześwituje zachodzące słońce. I dopiero teraz nie zasypiasz nad książką, dopiero wtedy się budzisz. Jakby istota przystosowana przede wszystkim do sztucznego oświetlenia. Potem odpowiesz na szereg pytań z zakresu "czemu jeszcze nie śpisz?, długo będziesz dziś siedzieć?, to co robisz?" i rano obudzi cię nie twój budzik kilka godzin przed koniecznym przebudzeniem.

Bo może ciemność nie rozprasza, może jest cicha na tyle, by usłyszeć własne myśli. Nocą jest łatwiej. Cisza ma wtedy swoje szczególne znaczenie. Nocą rozmowy mają jakieś takie głębokie sensy, spotkania jakoś bardziej zostają w pamięci, nocą docierają do człowieka odkrywcze myśli, może nocą człowiek jest inny... Może nocą widać duszę? A barwy? Ten czas ma chyba swoje szczególne odcienie. Może to jak weryfikacja dziennych wyobrażeń?



"They said it changes when the sun goes down
Around here" (i nic więcej z tekstu tej piosenki)

wtorek, 17 listopada 2009

coś, jak niepewność chcenia

Są sytuacje, w których człowiek ma plan. Nie jakiś wielki, nie jakiś szczegółowy, ale jakieś ogólne założenia w konkretnym przypadku. Jest się na coś zdecydowanym, jest się przekonanym, że czegoś się chce, chce tak naprawdę, jak jeszcze nigdy w życiu. Nawet nie odczuwamy wielkiego strachu. Ta pewność, że czegoś chcemy niweluje większe obawy. 

Ale próby dążenia do osiągnięcia celu pełzną na niczym. W końcu się odpuszcza, czasem zostawia coś własnemu biegowi. A kiedy już tak zupełnie się z czegoś zrezygnuje, ale mimo wszystko ciągle o tym myśli, lecz już jakoś bez większego przekonania to Coś, co wydawało się już nieosiągalne jest na wyciągnięcie ręki.
W pierwszej chwili mówimy sobie: "Tak! Udało się!Co za niewiarygodne szczęście! W końcu...". Tylko, że potem dociera do nas, że może tak naprawdę lepiej żyło nam się ze świadomością nieosiągalności celu, że może chodziło nam tylko o to, by dążyć, ale tak naprawdę nigdy nie osiągnąć... Zaczynamy się bać. Nawet  w tym przypadku bać samych siebie... Bo teraz mamy poczucie, że czegoś chcemy, ale utraciliśmy gdzieś pewność. Zaczynamy się zastanawiać, czy można było czegoś chcieć tak bardzo, być o czymś przekonanym, a w obliczu bliskości realizacji zaczynamy rozważać opcję, czy się nie wycofać, czy naprawdę czegoś chcieliśmy. 

W sprawach poważnych zaczynamy rozważać wszelkie za i przeciw. Przeważnie wychodzi, że najlepszym wyjściem jest pozbycie się lęku. Tylko powstaje pytanie 'jak?'. Kwestia, że jak się nie spróbuje to się nie przekona, że trzeba łapać chwilę, korzystać z okazji, że potem będzie już można tylko żałować, że się czegoś nie zrobiło...

W takich przypadkach człowieka paraliżuje strach, czy tak naprawdę wydawało mu się, że czegoś chce?
Czy poczucie strachu to znak, że warto go pokonać? Że to TYLKO strach, strach nieuzasadniony?
A jeśli to objaw "wydawania"? Jeśli nie pokona się lęku, to jak potem będzie się żyło ze samym sobą?

Każda decyzja niesie ze sobą ryzyko... Może właśnie to ryzyko człowieka przerasta, może boi się porażki, tego, że potem trudno będzie mu się podnieść. Dlaczego w takich sytuacjach człowiek się waha, mimo, że właściwie wie, co powinien zrobić? Dlaczego, skoro wie, że nadal chce tego, czego chciał na początku? Więc nad czym tak właściwie się zastanawia?


"usiadł w ciemnym pokoju i kłócił się z samym sobą. To najgorszy rodzaj kłótni. Nie można wtedy nikogo zbyć krzykiem, milczeniem ani nawet obłudnym "ty po prosty tego nigdy nie zrozumiesz". W kłótni z samym sobą nigdy nie ma się racji. Zawsze jest się pokonanym. Można tylko oszukać się chwilowym przekonaniem, że wybrało się mniejsze zło"
J.L. Wiśniewski "Los powtórzony"


piątek, 13 listopada 2009

kalorycznie:P

- A jakie plany na sylwestra?
Ojej... już drugi raz w przeciągu naprawdę krótkiego czasu usłyszałam to pytanie... Ludzie... no... nie mam pojęcia. Przykryję się po czubek glowy kołdrą i obudzę nad ranem - to jedyna pewna wizja, na którą stać mnie obecnie przy odpowiedzi na to pytanie. To, czego chciałabym nie ma racji bytu, bo mi takie rzeczy się po prostu nie zdarzają i już. Ot, cała filozofia.

Powroty do domu co dwa tygodnie są naprawdę optymalną częstotliwością. Problem w tym, że wpychają w człowieka tyle jedzenia, że naprawdę ma się dość. Ej, przecież ja tam nie głoduję. Wyjeżdżając z Krk zostawiłam swoją pustą półkę w lodówce. No... ostał się tam jogurt naturalny z długą datą ważności w razie jakiejś ewentualnej kanapki z nałożonym jogurtem i posypaną cukrem:P. Jakież dziwne wrażenie zobaczenie pełnych półek domowej lodówki hehe. I sernik na mnie czekał ciepły jeszcze. Kurcze... zaczynam trafiać na stały zestaw obiadowy... no... ale przynajmniej dostarczę mojemu organizmowi trochę ziemniaków, bo tam nie chce mi się obierać, więc wreszcie mogę się  najeść do woli makaronu i ryżu ;p. [to błąd, jeśłi ktoś odczytał, że jadamy na obiad sernik]. A mój jadłospis jest naprawdę urozmaicony, ale naprawdę trudno to wytłumaczyć, jak się wraca... A jakież zdziwienie w oczach, że się coś potrafi zrobić, wbrew złudnemu przekonaniu niektórych członków rodziny, że umrę, zginę i pokryję się grubą warstwą kurzu... eh... bezcenne wrażenia;P.

Jednakże muszę się niestety przyznać, że Hymn Narodowy grany na gitarze wymyka się chyba spod mojej percepcji wyobrażeniowej... druzgocący ten fakt, eh... zatrważający wręcz... muszę nad tym popracować, by nie dopadło mnie kiedyś poczucie totalnej degradacji wyobrażeniowej...

czwartek, 12 listopada 2009

obumrę?

Wiedziałam, że kiedyś to nastąpi. Nastąpiło dziś rano... Wiedziałam, że kiedyś obleję się kawą. Na szczęście padło tylko na dywan i łóżko zostało nietknięte. Z mojej prawej ręki kapały tylko brązowe krople. Jak na razie dziś jest lepiej. Lapek na szczęście nie zalany:)

Rozwaliłam coś? Nie! Nie daruję sobie, jeśli coś rozwaliłam. Nie przeżyję tego, jeśli rozpieprzyłam coś, na czym mi naprawdę zależy. Nie, nie będę się zabijać. Nigdy w patetycznym geście nie będę połykać garści tabletek ani wiązać pętli ze sznura, czy też podcinać sobie żył. Nie mam skłonności samobójczych. Nie przeżyję tego wewnętrznie, po prostu samoistnie obumrę tam w środku. Obumrę w zatrważającym tempie, dostąpię destrukcji wnętrza. To wystarczy - będzie wystarczająco długo bolało...

Czy istnieje pewność?

"Pewność to pojęcie z zakresu teorii decyzji, oznaczające sytuację, w której wybranie danego wariantu na pewno pociąga za sobą określone, znane konsekwencje.
Formalnie, decyzjami podejmowanymi w warunkach pewności nazywamy taką klasę problemów decyzyjnych, w której dla każdej decyzji prawdopodobieństwo wystąpienia jej konsekwencji wynosi 1."

I właśnie po to są zajęcia z podstaw filozofii. Właśnie po to siedzi czasem człowiek 1,5 godziny i słucha o definiowaniu definicji. Właśnie po to, by wiedzieć, że definiowanie pojęcia, przy pomocy, właściwie...definiowanego pojęcia nie jest błędem. Trzeba tylko założyć, że ktoś zna definicje słów składających się na definiens. To tak samo, jakbym powiedziała, że kwadrat to prostokąt równoboczny...

I to są studia... moje studia...
(odkrywcze...
naprawdę...)

środa, 11 listopada 2009

może to i nawet paranoja...

Pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada, pada... aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! PADA!!! Ciągle! Wkurza mnie już! Powoli wszystko! Jak można, widząc, że pada pytać, czy trzeba zabrać parasol!? Jak można celowo nie zabrać parasola i potem narzekać, że się zmokło?! Jak można nie wiedzieć, dlaczego dziś nieczynne są sklepy?! Wkurza mnie! Jedynacy! I mi gadu nie działa, bo ona gada przez skype'a, bo znów nie wie, jak coś rozwiązać i z netem coś się porobiło od jakiegoś czasu.  Jak można pytać, czy należy zjeść trzy ostatnie kostki czekolady dziś, czy jutro wiedząc, ze i tak, niezależnie od odpowiedzi zje się je za chwilę?! A Ty człowieku musisz odpowiadać na to wszystko i szlag Cię trafia! A on mi nie odpisał, a nawet jeśli odpisał, to ja nie mogę tego sprawdzić, bo mi gadu nie działa z wyżej wymienionego powodu...

Dość mam już, naprawdę... Już nie mogę! Sprzątam sobie, a ktoś nade mną sterczy, czy aby robię wszystko ok. Czy to takie trudne do pojęcia, że kiedy się sama za coś zabieram, to będę starać zrobić się coś najlepiej jak potrafię?! Już nie mogę! To typ Zosi - Samosi, która potem będzie mówić na zewnątrz, że ja nic nie robię. Już znam ten typ człowieka aż nadto... Jeszcze wczoraj zastanawiałam się, czy dobrze robię przeprowadzając się, ale dziś wiem, że nie wytrzymałabym (przynajmniej od czasu do czasu).

Przynajmniej udowodniłam sobie, że teza mojej mamy jest błędna. Namacalny porządek w życiu nie jest najważniejszy:D. Trzeba też np. wiedzieć, dlaczego dziś sklepy są zamknięte. Szlag by mnie trafił, gdybym od rana do wieczora się uczyła i na słowo "alkohol" robiła dziwne miny i odpowiadała dziwnym tonem, ale nieudolnie stwarzając pozory, że temat, jak każdy inny. Oj... koleżanko... my z zupełnie innych światów... Przynajmniej dziś.

I niech mi nikt nie wciska kitu z jakąś internetową miłością! Chyba logiczne, że jeśli osobiście w "coś" takiego nie wierzę, to niczego tak nie nazwę. I niech mi nikt nie wciska kitu, że postanowił nie wyrabiać sobie od razu zdania o mnie i woli powoli mnie poznawać! Tylko nie wiem, jak skoro koniec końców kończy się na pytaniu "co ciekawego mi jeszcze napiszesz?" Wiem, to zdanie nie ma sensu, ale trudno! I tak ostatecznie wiadomo, o co chodziło. Takie pytania okropnie mnie drażnią! Po prostu pięknie wszystko przekreślają.

Tak to jest, kiedy w końcu spotka się osobę, która potrafi sprostać naszym oczekiwaniom. Efektem tego są porównania, niekończące się myśli, że Ktoś by czegoś tak nie powiedział...

Głupia jestem! I na obecną chwilę chcę gadu!!! Ale nawet go sobie nie mogę włączyć! I popadłam w desperację... o ile to nie jest już paranoja...


Potrzebuję Kogoś bardziej niż kiedykolwiek...

poniedziałek, 9 listopada 2009

spłonęło?

Czy to poczucie szczęścia? Jak nazywa się to uczucie? Nie wiem, jak to nazwać, ale żadne inne słowo nie przychodzi mi do głowy. Dobrze mi z tym stanem. Chciałabym, by trwał, ale jednocześnie gdzieś w głębi boję się, że ta świeca, która płonie, a może tylko się tli, zgaśnie; że zjawi się wiatr, który zdmuchnie płomień, że spadnie deszcz, potem nastąpi przymrozek i pojawi się sopel lodu na knocie, a zapałki gdzieś się zawieruszą...

Tutaj ludzie się zmieniają. Może oni bardziej odczuwają zagubienie niż ja. Pewnie dopiero wtedy, gdy człowiek znajdzie się daleko od domu, właściwie zostanie sam, ukazuje się jego prawdziwe oblicze. Wtedy można zobaczyć, jakim ktoś naprawdę jest. Teraz dobitnie widać psychiczną stabilność człowieka, przywiązanie do własnych zasad, do wyznawanych poglądów. To tutaj łamią się moralne kręgosłupy. To tutaj widać szkielety zbudowane z ości. Przykre, kiedy doświadczamy poczucia, że w fundamentalnych kwestiach nie znamy własnych przyjaciół. Podatni na wpływy stajemy się inni, ale niekoniecznie lepsi. Nie da się nie zmieniać, ale nie należy aż tak wszystkiego przewracać do góry nogami, bo potem, jak on mi to napisał, doświadczy się uczucia, że nie zna się samego siebie.

Istnieje jeszcze możliwość, że było się zaślepionym przez te kilka już lat. Ale, czy aż do takiego stopnia? Myślałam, że to ja jestem tym słabym ogniwem, które rzucono w wir studenckiego krakowskiego życia. Myślałam, że to ja będę robić coś na przekór sobie. A może tak właściwie nie znałam jej zasad. Może tak właściwie nic o niej nie wiem. Może ona była taka sama przez te kilka lat. Co się tak naprawdę zmieniło? Chyba mam za mało odwagi, by coś przerwać.  Bo przecież tak szybko nic się nie wypala, skoro istniało. Tylko właśnie coraz częściej zaczynam się zastanawiać, czy naprawdę istniało... To mnie męczy.



Tyle wielkich znaczeń dzieli nas... (kiedyś też dzieliło?)

niedziela, 8 listopada 2009

Znajom-ości

W Trójce leci Mann. Z dni tygodnia wypadło na niedzielę. Od czasu do czasu odczuwam skutki niewyspania. Myślę, że zażyłość w pewnej znajomości toczy się odwrotnie proporcjonalnie do czasu jej trwania - im dłużej trwa, tym więcej zauważam, jak wiele nas dzieli, w jak wielu aspektach mamy zupełnie inne poglądy na życie.
Dlaczego jest tak, że ludzie potrafią ze sobą rozmawiać do momentu, kiedy myślą podobnie, a kiedy zaczynają się różnić w jakichś szczegółach, rozmowy się urywają. Ktoś komuś zarzuca "czepianie się", ktoś komuś mówi, że nie będzie już rozmawiał na dany temat i zaczyna się milczenie. Co jest nie tak?!

Ma wrażenie, że ktoś wie za dużo, że za bardzo kogoś wtajemniczyła w swoje życie. Najgorsze jest to, że znają się od kilku lat. Myślała, że są rzeczy, które pozostaną między nimi - myliła się. Każdy temat jest dobry, kiedy "trzeba" porozmawiać. Przykro jej. Od jakiegoś czasu towarzyszy jej myśl, że ta znajomość kryje w sobie za dużo pytań. Te pytania już nie intrygują. Te pytania już męczą, bo to forma niedomówień, forma tajemnic. Takie znajomości nie mają raczej dla niej większego sensu. Ma za mało siły, by coś zakończyć. Z resztą przyjaźnie się tak szybko nie wypalają. Pewnie wystarczyłoby porozmawiać, żeby każdy powiedział, czego oczekuje, co mu nie pasuje, zaproponował jakieś rozwiązanie. Tylko problem polega na tym, że chcieć tego muszą obie strony. A tutaj się nie da. Tutaj ktoś czegoś unika.

Przyjaźnie są trudne. Zaufanie jest jak biała bila - toczy się po stole - zielonym stole nadziei - obija się o inne, odbija się od ścian; czasem wpada, ale można ją wyciągnąć, by zacząć od nowa - trzeba tylko chcieć grać dalej. Może przyjaźń, w której realność tak trudno naprawdę uwierzyć jest tą właściwą, tą prawdziwą?

Dziś wie, że istnieją ludzie, którzy w sytuacji, kiedy dla jednej ze stron jest coś niejasne starają się wyjaśnić.i nie robią z tego problemu. Dziś takich zna, dlatego być może więcej wymaga...

środa, 4 listopada 2009

...

Jest nadmierne milczenie. Są słowa, których czasem się nie wypowiada. Pewni ludzie przeszli na służbowy ton komunikacji. W pewnych kontaktach należy przejść na wyższy poziom tolerancji co do upierdliwości pewnych cech.

Znów stało się coś, co doprowadziło ją do zagubienia. Chciałaby znać konkretny powód tego stanu. Może zadaje sobie i innym zbyt wiele pytań, może "wierci dziurę w całym"... Momentami tak bardzo jej trudno. Ma wrażenie, że do pewnych emocji nie chce się przyznać sama przed sobą, a co dopiero przed kimś innym. To takie ważne, że jeszcze znajduje się ktoś, kto wygospodaruje czas, kto stara się rozwiązać, być może urojony, problem. Sama świadomość istnienia takiej osoby jest tak bardzo budująca, tak bardzo momentami potrzebna.

Fakt, można przysłowiowo coś olać, ale zawsze istnieje to "ale...". Chciałabym umieć się nie przejmować. Czasem chciałabym móc nie myśleć o pewnych sprawach.Właściwie traktowana jak powietrze - potrzebna, a niezauważalna. Potrzebna do płacenia za mieszkanie - już po nic więcej. Figuruje już jako "ta zła". To zatrważające, jak ludzie potrafią się zmienić, kiedy ktoś naprawdę zajmie się swoim życiem i w końcu zacznie myśleć o sobie. To wszystko jest takie trudne, zwłaszcza, kiedy trafia się na ludzi, którzy wobec czegoś, co nie zdarza się po ich myśli wpędzają człowieka w poczucie winy.

Czasem tak trudno jest zaufać. Czasem ufamy nie wiedząc właściwie dlaczego. Czasem mamy poczucie zbyt szybkiego okazania zaufania dla drugiej osoby. Jednak czasem zdarza się tak, że ufamy niemalże od samego początku znajomości. Odchodzą wszelkie obawy przed zranieniem, zawiedzeniu się na kimś. Mamy wrażenie, że znamy kogoś dłużej niż pozostałych znajomych, a w rzeczywistości znamy kogoś najkrócej. Czujemy coś nie znajdując na to wytłumaczenia, czujemy mimo wszystko - jednocześnie nie będąc pewnym, że dzieje się dobrze, że tak powinno być. Bo czasem zastanawiamy się, czy to wszystko jest możliwe.