poniedziałek, 9 listopada 2009

spłonęło?

Czy to poczucie szczęścia? Jak nazywa się to uczucie? Nie wiem, jak to nazwać, ale żadne inne słowo nie przychodzi mi do głowy. Dobrze mi z tym stanem. Chciałabym, by trwał, ale jednocześnie gdzieś w głębi boję się, że ta świeca, która płonie, a może tylko się tli, zgaśnie; że zjawi się wiatr, który zdmuchnie płomień, że spadnie deszcz, potem nastąpi przymrozek i pojawi się sopel lodu na knocie, a zapałki gdzieś się zawieruszą...

Tutaj ludzie się zmieniają. Może oni bardziej odczuwają zagubienie niż ja. Pewnie dopiero wtedy, gdy człowiek znajdzie się daleko od domu, właściwie zostanie sam, ukazuje się jego prawdziwe oblicze. Wtedy można zobaczyć, jakim ktoś naprawdę jest. Teraz dobitnie widać psychiczną stabilność człowieka, przywiązanie do własnych zasad, do wyznawanych poglądów. To tutaj łamią się moralne kręgosłupy. To tutaj widać szkielety zbudowane z ości. Przykre, kiedy doświadczamy poczucia, że w fundamentalnych kwestiach nie znamy własnych przyjaciół. Podatni na wpływy stajemy się inni, ale niekoniecznie lepsi. Nie da się nie zmieniać, ale nie należy aż tak wszystkiego przewracać do góry nogami, bo potem, jak on mi to napisał, doświadczy się uczucia, że nie zna się samego siebie.

Istnieje jeszcze możliwość, że było się zaślepionym przez te kilka już lat. Ale, czy aż do takiego stopnia? Myślałam, że to ja jestem tym słabym ogniwem, które rzucono w wir studenckiego krakowskiego życia. Myślałam, że to ja będę robić coś na przekór sobie. A może tak właściwie nie znałam jej zasad. Może tak właściwie nic o niej nie wiem. Może ona była taka sama przez te kilka lat. Co się tak naprawdę zmieniło? Chyba mam za mało odwagi, by coś przerwać.  Bo przecież tak szybko nic się nie wypala, skoro istniało. Tylko właśnie coraz częściej zaczynam się zastanawiać, czy naprawdę istniało... To mnie męczy.



Tyle wielkich znaczeń dzieli nas... (kiedyś też dzieliło?)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz