Oj... piękna to rzecz złamać grzebień na własnych włosach... W związku z tym będę musieć zainwestować w nowy, bo jak to tak, takim wybrakowanym... Ale to chyba nie agresja, prawda?;)
A czekolada, która zawsze ma być "na jutro" owego jutra nie doczekała... Ale dobra była:P Taka austiacka i to od wujka, to już w ogóle rarytas i z nieoszukaną liczbą orzechów oczywiście. No... ale co do smaku to nigdy nie wybrzydzam, byleby nie była wyrobem czekoladopodobnym, który dziwnie się zachowuje w kontakcie z zębami, językiem i śliną. Tyle tylko, że dbam o swój zacny żołądek i nie podrażniam go jedzeniem np. kostki dziennie. Co ja poradzę na to, że nawet mimo mojego odwiecznego uzaleznienia słodyczowego, kiedy chcę się z kimś podzielić to ludzie mówią, że dziękują. Nie pozostaje nic innego jak oddać się egoistycznej delektacji z myślą "już więcej nikogo nie pytam" (aż do następnego razu). Tylko niech mi potem nikt nie mówi, że się nie dzielę - ile można pytać... w końcu się zjada w samotności...
Męczę "Wstęp do prawoznawstwa", a może to on mnie męczy, a może nawet to tak ze wzajemnością. Nie wiem, jakoś tak trudno mi się z nim dogadać, choć nocą to jakoś (musze przyznać) łatwiej... Bo w dzień to staje się taki jakiś wywołujący senność w człowieku. Tak, oczywiście spałam z nim, tzn. obok był świadomie położony. Tyle, że hmm... zmarzłam w stopy i to w dzień i nawet wiedza mi nie przepromieniowała:(. W ogóle taki jakiś no... brzydką ma okładkę, taką brązową i cały taki szary wewnątrz, jak Micuń. Tyle, że Micuń objawiał jakiś większy koloryt okładkowy i nawet mi się rozkleił przy którymś początkowym zagięciu, coby się tak szybko nie zamykał, a ten nic. Sztywny taki, okładkę tylko otoczył szramą zagięcia od czytania i tyle. Teoretycznie do pierszego! (nie wiem, co to będzie) egzaminu ponad trzy tygodnie, ale praktycznie to tak, jakby miało być jutro, a ja nic jeszcze nie umiem...
Męczę "Wstęp do prawoznawstwa", a może to on mnie męczy, a może nawet to tak ze wzajemnością. Nie wiem, jakoś tak trudno mi się z nim dogadać, choć nocą to jakoś (musze przyznać) łatwiej... Bo w dzień to staje się taki jakiś wywołujący senność w człowieku. Tak, oczywiście spałam z nim, tzn. obok był świadomie położony. Tyle, że hmm... zmarzłam w stopy i to w dzień i nawet wiedza mi nie przepromieniowała:(. W ogóle taki jakiś no... brzydką ma okładkę, taką brązową i cały taki szary wewnątrz, jak Micuń. Tyle, że Micuń objawiał jakiś większy koloryt okładkowy i nawet mi się rozkleił przy którymś początkowym zagięciu, coby się tak szybko nie zamykał, a ten nic. Sztywny taki, okładkę tylko otoczył szramą zagięcia od czytania i tyle. Teoretycznie do pierszego! (nie wiem, co to będzie) egzaminu ponad trzy tygodnie, ale praktycznie to tak, jakby miało być jutro, a ja nic jeszcze nie umiem...
A kolor okładki już wiem co mi przypomina. Okładka w kolorze piernika! Tak, takiego lukrowanego. O! w końcu jakieś toruńskie wydawnictwo:P. Przynajmniej tu przejawili jakąś formę żartu?, czy jak to tam nazwać...
Piernikowy "Wstępie do prawoznawstwa" daj się łatwo i szybko przyswoić i żeby efekt był jeszcze jakiś satysfakcjonujący... to może kupię Ci oprawkę? Przyznasz, że nawet ładnie brzmi;).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz