Pierwsze zajęcia opuszczone z przymuszonej woli. Chociaż teoretycznie mogłam pójść i się pomęczyć rozsiewając to coś, co mnie złapało... ale chyba bym zamarzła w porywach zasypiając i mając trudności z przełykaniem śliny. Oczywiście zamiar oddania projektu z technologii legł przez to w gruzach, kilka wydruków również. Być może miałam gorączkę, ale nie mam jej czym zmierzyć. Może noszę w sobie ścięte białko i jestem ewenementem, który jeszcze żyje. Zamiast ruskich pierogów pożeram kolorowe pastylki w nieco droższej wersji i zakupionej z samego rana. Ale to chyba jeszcze nie jest ten czas, kiedy powinnam rozpocząć zapasy przywiezione z domu. Poza tym połykanie prawie w całości nie jest niczym przyjemnym wobec bolącego gardła. Oby tylko jutro było już ze mną lepiej... Nie chcę tak marnować czasu na czytanie i nic nierozumienie okraszone snem.
"tłumacze sobie, że to nie jest strach, bo nieodwaga lepiej brzmi... "
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz