Taki piękny sen, sen z przesłaniem. Sen o przeznaczeniu, nieuchronności losu, o tym, że wszystkie drogi, jakie podejmiemy i tak doprowadzą nas do tego, co nam pisane. Śnił mi się jakiś mężczyzna. Miał jedno życie, ale w trzech odsłonach; jeden cel, do którego mógł dotrzeć trzema różnymi drogami: tą, którą podążał, drogą, podczas której podejmował mnóstwo działań, by przyspieszyć dotarcie do celu i tą, podczas której zdawał się raczej na rezygnację z celu niż jego osiągnięcie.
Droga, którą podążał wydawała się racjonalna, wyważona, przemyślana - mnóstwo dedukcji, skupienie na niepopełnianiu błędów. Dotarł do celu, ale z jakąś świadomością, że mógł to zrobić szybciej, wtedy dłużej odczuwałby szczęśliwość.
Droga oddana większej rezygnacji i tak w końcu pokazała mu szczyt, jednak czas znowu odegrał znaczącą rolę. Żałował, że się właściwie poddał, że tak słabo wierzył, przez co utracił tyle szans na większą szczęśliwość, że mógł być dłużej szczęśliwy, że gdyby szybciej osiągnął cel odczuwałby większą radość.
Droga przepełniona działaniem i tak nie dała mu pełni szczęścia.Osiągając cel miał świadomość jego piękności i czuł, że mógł go osiągnąć jeszcze szybciej, przez co jego życie byłoby jeszcze piękniejsze.
Każda z tych dróg pokazała mu, że do tego samego celu można dojść różnymi drogami, ale kiedy w grę wchodzą rzeczy naprawdę dla nas ważne i wielkie, rzeczy na których nam zależy, ludzie, którzy są dla nas czymś więcej niż tylko jednym z reprezentantów tego samego gatunku nie należy pozostawać bezczynnym, należy walczyć o to, co jest dla nas ważne, o tych, którzy są dla nas ważni, bo szczęście należy łapać za ogon i dusić, jak cytrynę i sprawiać, by trwało jak najdłużej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz